95% depresji - rozmowa z trentem reznorem
bałem sie troche tej rozmowy, Reznor przez lata umiejętnie kreował mroczny obraz swojej osoby i nic nie wskazywało na to, że gadka z nim może być przyjemna i nienerwowa. zwłaszcza, że był to jedyny wywiad na europe, jakiego zgodził sie udzielić. szybko jednak przestałem sie bać. jeżeli nawet mrok trenta nie jest od początku do końca wystudiowany, to jego industrialna wysokość odpowiada na pytania tak, jakby skończyła szkolenie w zakresie public relations. czyli wyczerpująco, z sensem i ciekawie.


niespodzianka

- trudno w kilku słowach opisać tak nowatorską muzykę, jaką uprawia nine inch nails, ale umówmy sie, że to mroczna, ciężka, industrialna historia. jakie cechy dodał twój nowy album do tej krótkiej definicji ?

trent: masz na myśli the fragile ?

- nie - things falling apart. ale rozumiem, że nie traktujesz tej płyty do końca poważnie..,

trent: things falling apart to raczej taka ciekawostka, rzecz przygotowana dla fanów. jeżeli nie lubisz nine inch nails, ta płyta na pewno nie wpłynie na zmiane twojej opini. jeżli natomiast wszedłeś w tę muzykę, dzięki things falling apart możesz zajrzeć jeszcze głębiej i tak troche od kuchni. płyta składa sie ze zmanipulowanych kawałków nagranych podczas sesji the fragile. część z nich można usłyszeć po raz pierwszy - nie zmieścily sie na płycie, nie pasowały do niej. teraz znów przekopałem sie przez tę masę materiału i doszedłem do wniosku, że do niektórych rzeczy warto było wrócić. inne to zremiksowane wersje znanych juz utworów - nowe interpretacje w wykonaniu członków zespołu i przyjaciół. wstydu nie ma - tej płyty na pewno da sie słuchać i można czerpać z tego przyjemność. taka niespodzianka rzucona w oczekiwaniu na nowy, pełnoprawny album nine inch nails.

- jakie to uczucie powierzać swoją muzykę innym ludziom - przyzwyczaiłeś się do tego, czy ciągle cię ekscytuje, co też oni z nią zrobią ?

trent: nie mam nic przeciwko temu, to tylko jeden z rodzajów współpracy. mieszkam w nowym orleanie, stan luizjana, mam tu całkiem nieźle wyposażone studio. każdy, kto zaangażował się w pracą zespołu zna możliwości tego studia, ma swoje pomysły, ma też możliwość samodzielnie je zrealiwoać . zdarzało się, ze przygotowywałem jakiś kawałek, kombinowałem z aranżacją i brzmieniami, a ktoś podchodzi i mówi: "wiesz, coś bym tu jeszcze zamieszał, jeżeli pozwolisz". pozwalałem. więc ten ktoś brał tę muzykę i obrabiał wedle własnego gustu - przyspieszał partie gitary, zmieniał rytm, modyfikował mostek czy cokolwiek innego. potem przerobiony materiał do mnie wracał i tak to szło w te i z powrotem. niektóre z efektów tego typu współpracy trafiły bezpośrednio na the fragile, inne nie. te z nieopublikowanych, które wydawały mi sie bardziej ciekawe i niesamowite, znalały sie na things falling apart. ale jeszcze raz podkreślam - ta płyta nie jest jakąś kolejną doniosłą deklaracją nine inch nails. jej cechą charakterystyczną jest to, ze do jej powstania bardziej przyczynili sie inni ludzie z obozu nine inch nails niż ja sam.


wlasny styl

- alan moulder i keith hillebrand mieli swój własny wkład w powstanie the fragile, z resztą ludzi, których nazwiska pojawiają się na things falling apart, współpracowałeś przy innych okazjach. kto tym razem najbardziej cię zaskoczył ?

trent: największą niespodziankę zrobił mi chyba danny lohner, jeden z kolesi z szerokiego składu. wygląda na to, że danny się bardzo usamodzielnił, znalazł własną drogę, własny styl manipulowania śladami, tworzenia fajnych rytmów perkusyjnych. danny kooperuje z innymi gośćmi z nowego orleanu - nazywają sie telefon tel aviv - jadą w takie rejony elektroniki jak aphex twin. danny da jeszcze o sobie znać - naprawdę zaskoczył mnie swoim talentem... musze też wspomnieć o davidzie ogilvie ze skinny puppy. znamy się już dość długo - razem pracowaliśmy przy płycie marilyn manson , antichrist superstar. no i adrianie sherwoodzie ( brytyjski producent bawiący się elektroniką i reggae, mający na koncie m.in. z blur i the cure - przyp. is ), którego jestem wielkim fanem. od dawna przymierzałem sie do współpracy z nim i warto było - na pewno nie jestem rozczarowany. - jak to się stało, ze na things falling apart trafiły aż trzy wersje starfuckers, inc ? wszystkim najbardziej podobał się akurat ten kawałek ?

trent: z nim to taka mała masakra była - i adrian, i dave ogilvie tego samego dnia zgłosili sie do mnie, powiedzieli, że chcą przerobić kawałek starfuckers, inc, a w dodatku w tym samym czasie to był singiel. powiedziałem: "dobra, róbcie" - nie było powodu, żeby odmówić któremuś z nich. oba remiksy mi sie podobały - ale z perspektywy czasu myślę sobie, że może powinienem któryś z nich odrzucić. zwłaszcza, że jest jeszcze jeden, który zrobili mój perkusista jerome dillon i keith hillebrandt - znakomity, ale chłopaki nie wyrobili się na czas. terminy wydania płyty były nieubłagane i dlatego tę wersję starfuckers, inc można sobie ściągnąć bezpłatnie z mojej strony internetowej.


krajobrazy numana

- jednym z wczeniej niepublikowanych kawałków jest twoja wersja utworu gary numana , metal. czy numan był jednym z tych artystów, którzy pomogli ci ukształtować własny styl ?

trent: i to w dużej mierze. pamiętam, jak po raz pierwszy usłyszałem płytę the pleasure principle - zrobiła na mnie wielkie wrażenie, bo była taka...lodowata. z niczym podobnym wcześniej sie nie zetknąłem, co z resztą dziwne nie jest, bo wychowałem sie na totalnym zadupiu w pensylwanii, gdzie prócz pól kukurydzy było jedno wielkie nic. a tu nagle dziwna, syntetyczna muzyka i abstrakcyjne teksty - poraziło mnie to i pożarło. zawsze byłem klawiszowcem , więc dźwięki numana bardzo mnie inspirowały. kiedy robiłem the fragile na okrągło słuchałem telekon. to jedna z tych płyt, do których wracasz po latach i stwierdzasz, że wcale sie nie zestarzała. mogłaby sie ukazać teraz i nikt by sie nie upierał, że to muzyka z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. w przeciwieństwie do wielu współczesnych produkcji, które brzmią jakby miały sto lat.

- lodowate klimaty numana współgrały, czy kontrastowały z twoim rodzinnym zadupiem ?

trent: kontrastowały w tym sensie , że to w sumie sympatycznie wyglądające miasteczko - takie troche w niemieckim stylu. mała sprzeczość składająca sie głównie z rolników, żadnego przemysłu, żadnych industrialnych klimatów. za to w mojej glowie zawsze rozpościerał sie lodowaty krajobraz, którego jednak przez pierwszych osiemnaście lat mojego życia nie miałem okazji wzbogacać - krótko mówiać nie miałem dostępu do ciekawych, mniej popularnych płyt. dźwięki numana były dla mnie rewelacją i niemal od razu pomyślałem, że właśnie taką drogą pójdę, kiedy sam poważnie zajmę sie muzyką.

- co szczególnego ma w sobie akurat metal ? co sprawiło, że wybrałeś akurat ten kawałek ?

trent: to był pierwszy utwór jaki nagrałem podczas sesji the fragile. bo chciałem sie wyluzować, złapać właściwy rytm, nie dać się ponieść presji związanej z koniecznością pisania nowych kompozycji. potraktowałem metal jak poligon - żeby stwierdzić, jakie pomysły sie sprawdzają a jakie nie.zawsze lubiłem ten utwór i wreszcie przyszedł ten moment, kiedy doszedłem do wniosku, że mogę go wziąść na warsztat, zmodernizować, nie ryzykując, że utracę po drodze cechy oryginału. zrobiliśmy też inną przeróbkę, z której jestem bardzo zadowolony - dead souls joy division ... zawsze uważałem, że robiąc przeróbki trzeba podchodzić z szacunkiem do wersji oryginalnych. wybierasz jakiś utwór przecież dlatego, że go lubisz. niestety wielu muzyków rujnuje oryginały w sposób okrutny i barbarzyński - wstzrykują w przeróbkę zbyt wiele siebie.


po prostu zima

- mówiłeś, że things falling apart należy traktować jako prezent dla fanów. kiedy możemy się spodziewać nowej, prawdziwej płyty nine inch nails ?

trent: narazie pracujemy nad dvd, koncertowym kompaktem i kasetą wideo - taka kronika naszej trasy.ale to nie będą żadne zakulisowe pierdoły, żadne tam gadki z garderoby - czyli nic, co by przypominało nasze poprzednie wideo, clousure. nowy materiał dokumentuje amerykańską część fragility tour, którą niedawno skończyliśmy - sam show, sam koncert. podczas trasy poświęciłem mnóstwo czasu na dopracowanie najmniejszych szczegółó naszych występów - wszystkiego, począszy od uszeregowania piosenek wg odpowiedniej kolejności po pracę świateł, budowanie dramaturgii wszelkimi możliwymi sposobami. jaździł z nami bill viola - mój kumpel, a przede wszystkim artysta wykorzystujący techniki wideo. na trzech wielkich telebimach wyświetlał podczas koncertów specjalnie przygotowane filmy. mósisz to sam zobaczyć, trudno to wszystko opisać. napewno to coś więcej niż pięciu kolesi pocąsych się na scenie. materiał był rejestrowany przez kilka cyfrowych kamer, następnie sami go montowaliśmy w moim studu - to w całości nasze dzieło. będzie to bardziej wyglądało jak wideo - bootleg zrobiony przy wykorzystaniu najnowszych technologii, niż jakiś przeprodukowany koncert bon jovi.

- słyszałem, że nienawidzisz płyt koncertowych, bo są gównianymi wersjami nagrań studyjnych...

trent: zgadza się. mogę dodać jeszcze kolejny powód, dla którego ich nie lubię - bo w studiu dodaje się sztuczne dogrywki i na takich płytach już szukać prawdy. a jednak pomyślałem, że warto nagrać koncertową płytę nine inch nails. właśnie teraz, kiedy oprawa koncertów była tak przemyślana i dopracowana. poza tym niektóre starsze kawałki, np te z pretty hate machine, z biegiem czasu mocno się zmieniły. powstały mutanty, które przy okazji są o wiele lepszymi piosenkami niż pierwotne wersje. pierwsza płyta nine inch nails to byłem ja zamknięty w sypialni z macintoshem i jednym małym samplerem. te utwory po prostu musiały zabrzmieć lepiej po dziesięciu latach grania na koncertach. i zadbaliśmy o to, by nasza płyta koncertowa nie zabrzmiał jak zła wersja studyjnej z przesadnie wyeksponowanym hałasem.

- co z nowym materiałem studyjnym ?

trent: płyta koncertowa zamyka pewien etap, pokazuje, jak daleko obecnie zaszliśmy. chyba jesteśmy na rozstajach dróg, przyszłość nine inch nails będzię się dość istotnie rózniła od tego, co robiliśmy do tej pory. teraz tworząc muzykę o wiele mniej się przejmuję jej potencjałem komercyjnym - generuje wiele pomysłów na utwory, rozglądam się za inspiracjami. kręci mnie prostota, minimalizm, hałas ...

- i lodowate krajobrazy ?

trent: w mojej muzyce zawsze było sporo zimy - nic nie zapowiada ocieplenia.


z innej flanki

- niektórzy krytycy stwierdzili, że the fragile to zbyt awangardowa, zbyt długa, zbyt trudna do słuchania płyta. przejmujesz sie takimi opiniami ?

trent: wiedziałem, że sie pojawią, bo zrobiłem cos przeciw modzie. cóż, an rynku zdominowanym przez britney spears, boysbandy i raprockowe gówno może zdziałać zbyt długi album bez ani jednej singlowej piosenki ?! ale taką płytę chciałem zrobić i koniec. był moment, kiedy myślałem, żeby przyciąć troche materiał, ale mi przeszło. jeżeli the fragile wydaje się komuś zbyt długa, to przecież nie musi jej słuchać w całości. po to ktoś wynalazł odtwarzacze kompaktowe i nawkładał do nich mnóstwo różnych opcji. z the fragile jestem bardzo zadowolony, ale następna płyta będzie zupełnie inna, będzie wręcz przeciwieństwem poprzedniczki. krótkie, trzyminutowe kawałki.

- dlaczego ? czyżbyś się jednak przejął opiniami krytyków ?

trent: nigdy w życiu. tak po prostu czuję. po zakończeniu tak długiego i wielotorowego procesu, jakim było nagranie the fragile , trudno z podobnym nastawieniem zabrać sie za kolejne przedsięwzięcie. zostało mi ze trzydzieści dobrych kawałków, które powstały z myślą o the fragile - nie zmieściły sie, nie są dokończone. mógłbym powiedzieć - dobra, dodam do nich to i tamto, będę miał gotową nową płytę - nie chcę tego robić, bo bym się powtarzał. wolę zaatakować z innej flanki. nie dlatego, że tak chcą krytycy, tylko dlatego, że lubię odkrywać na nowo siebie i swoją muzykę. poszukiwanie nowych dróg jest inspirujące i sto razy ciekawsze niż postawa typu: dobra, zobaczymy co nam zostało z poprzedniej sesji.


zrób to sam

- nine inch nails jest uważany za zespół jednoosobowy. ale często używasz liczby mnogiej mówiąc o swoich poczynaniach - jak to w końcu jest ?

trent: na początku intensywnie rozglądałem się w poszukiwaniu innych muzyków, z którymi mógłbym grać. choćby ze strachu, że sam sobie nie poradzę. po wielu nieudanych próbach doszedłem do wniosku, że chrzanię, zrobię wszystko sam. to był właściwy krok - wydaje mi się, że muzyka nine inch nails jest bardziej interesująca, niż gdyby tworzył ją zespół sklejony na siłę. teraz współpracuję z wieloma ludźmi na różne sposoby. oni mają wpływ na brzmienie płyt, ale powiedzmy sobie jasno - nine inch nails to dyktatura - na czele stoję ja. mam zamiar zaangażować się w kilka pobocznych projektów, które będą znacznie bardziej demokratyczne.

- to troche na odwrót, niż zwykle - ludzie robią artystyczne odskoki, żeby zrealizować własne pomysły, a ty po to, żeby zaznać demokracji.

trent: po prostu pragnę docenić taką formę pracy. podoba mi się idea wzajemnego szacunku wewnątrz grupy - szacunku dla ludzi, ich osobowości i pomysłów. czasem można w ten sposób osiągnać więcej, niż gdy się pracuje indywidualnie - ale nie zawsze. nine inch nails pozostaje dyktaturą, bo chcę mieć pełną swobodę wyrażania siebie. pracują nad jakimś utworem mam zwykle bardzo konkretną i całościowo jego wizję. ludziom z zewnątrz ciężko to ogarnąć i od razu zrozumieć. wolę pracować sam, niż co i rusz coś komuś tłumaczyć.


muzyczna solidarność

- ostatnio sporo pisze się o twoim nowym pobocznym projekcie , grupie tapeworm. w jednym z wywiadów mówiłeś, że nie chcesz by nowqa płyta tej kapeli brzmiała jak dziesięć różnych utworów wykonywanych przez dziesięć różnych zespołów...

trent: właśnię nad tym pracuję - nad znalezieniem wspólnego mianownika, nadaniem temu materiałowi w miarę jednolitego profilu. śpiewa kilku różnych wokalistów, ale to nie będzie jakieś zestawienie od czapy - że tu walc, tu heavy metal, a tam orkiestra symfoniczna.

- więc co będzie kleiło ten materiał ?

trent: przede wszystkim pomysł, że każdy z nas zagra na innym instrumencie. ja na basie, danny na gitarze. każdy będzie miał swoją działkę - nie będę grał na klawiszach ani na gitarze. ale wspólnie zajmiemy się produkcją. próbujemy teraz ustalić też inne ogólne założenia - albo perkusja żywa albo loopy, i tak dalej. określając zawczasu regóły, chcemy między sobą zbudować muzyczną solidarność. nie będzie więc bałaganu, ale nie popadniemy też w drugą skrajność, że jeden kawałek będzie podobny do drugiego.

- kto będzie śpiewał ?

to jeszcze nie jest do końca ustalone. prawdopodobnie będzie trzech wokalistów - chcielibyśmy zderzać, mieszać głosy. raczej nie zdecydujemy się na to, by jakąś piosenkę śpiewał tylko jeden człowiek.

- podobno chcesz zaprosić phila anselmo z pantery. mozesz to potwierdzić ?

trent: bardzo bym chciał, żeby się zgodził. też mieszka w nowym orleanie, bardzo blisko mnie.


permanentna depresja

- wspomniałeś, że tapeworm nie będzie jedynym projektem poza nine inch nails. podobno poszukujesz wokalistki...

trent: chciałbym założyć jeszcze jeden zespół, w którym ja zajmowałbym się muzyką, a ktoś inny tekstami i śpiewaniem. bo zawsze piszę o tym co mam w głowie, a tam siedzą rzeczy pasujące do nine inch nails. nie chcę nagrywać kolejnej płyty pod innym szyldem, która byłaby tak naprawdę podobna do nine inch nails. dlatego myślę o współpracy z jakąś inną osobowością, najlepiej kobietą - na pewno będzie miała inne spojrzenie na świat, inne koncepcje, no i piękny soulowy głos. na przykład taki, jakim dysponuje denise chardey. skorzystam na tym - spadnie ze mnie odpowiedzialność za wszystko, nie będę miał takiego ciśnienia pracując w studiu.

- myślisz, że takie delikatniejsze, kobiece nastroje będą dobrze pasowały do twojej muzyki ?

trent: być może będą z nią kontrastowały - i o to chodzi. może wyjść z tego rzecz intrygująca, nowa jakość. a może jedyną osobą, która usłyszy efekt takiej współpracy, będę ja. zobaczymy. lubię zderzać, lubię desperackie połączenia. eksperymentujesz i obserwujesz, co z tego wychodzi. nie chcę współdziałać z kimś, kto będzie myślał podobnie jak ja. fajnie by było porwać chardey na kilka miesięcy, schować ją w studiu, obłożyć tym moim lodem i poczekać na efekty.

- wiadomo, że muzyka to sposób wyrażenia siebie, ale ona nie mówi chyba o tobie całej prawdy. są jakieś chowane dotą zakątki twojej osobowości, które zamierzasz odkryć ?

trent: na pewno nie mam permanentnej depresji, nie jestem jakimś wiecznie zagubionym i smutnym bidulkiem. choć tak uważa wielu ludzi i troche w tym prawdy jest. muzyka to dla mnie tarapia, pomagała mi przejść przez różne, ciężkie etapy mojego życia - muzyka innych ludzi i moja. kiedy poprzez muzykę wyrażam złe, czy nawet obrzydliwe rzeczy, które gnieżdzą sie w mojej głowie, a potem okazuje się, że wychodzi z tego jakieś piękno - humor mi sie poprawia. ale nie zamierzam pisać o tym, że jestem szczęśliwy czy o rzeczach zabawnych. pisanie takich piosenek byłoby dla mnie męką. ale tworzenie to naprawde trudny proces, czasem bolesny i frustruący, gdy coś nie wychodzi. kiedy jestem w bardzo dobrym humorze i świat wydaje mi się wspaniały - takie chwile to maksymalnie pięć procent mojego życia - nawet nie próbuję zabierać sie za komponowanie. na pewno wyszłyby mi wtedy gówniane piosenki. ból to najważniejszy katalizator.


lampa na ganku

- mieszkasz w nowym orleanie. co sprawiło, że postanowiłeś sięprzeprowadzić właśnie do tego miasta ?

trent: jak już mówiłem dorastałem na strasznym zadupiu i w młodości prawie wogóle nie podróżowałem, miałem mgliste pojęcie o tym, jak jest gdzie indziej. kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych ruszyliśmy w trasę małym busem, po raz pierwszy zobaczyłem ocean. poznałem stany, zwiedziłem kawałek europy. w tamtym czasie mieszkałem już w cleveland, które również jest do nieczego. wróciłem z trasy i okazało się, że ktoś się włamał do mojego mieszkania, wszystko mi wynieśli. pomyślałem - chrzanię cleveland. przypomniałem sobie, jak przejeżdżaliśmy przez nowy orlean. to miasto wygląda inaczej niż reszta ameryki, ma swoją historię w odróżnieniu od większości miast ameryki, interesujące, piękne miejsce, niesamowity, trochę dekadencki klimat. tam się coś dzieje, tam nie ma śladu amerykańskiego konserwatyzmu. kilka lat temu przeprowadziłem się do kalifornii - nagrywałem wtedy the downward spiral. tam wszyscy są plastikowi, jeżdżą drogimi samochodami, gówno mają w głowach. wkrótce zapragnąłem wrócić gdzieś, gdzie mógłbym się czuć naprawdę sobą - czyli do nowego orleanu. tu nikt się do mnie nie przypierdala, bo to chyba jeden z najgorszych rynków muzycznych w całych stanach. nikt nie zawraca mi dupy.

- jak wygląda twój dom - nie wyobrażam sobie, byś mieszkał w jakimś segmenciku...

trent: jak na warunki amerykańskie to zabytek - zbudowano go w 1865 roku, kiedy go kupiłem był w kiepskim stanie. wyremontowałem go i nadałem trochę dramatyzmu takimi detalami jak lampa gazowa na ganku. dobrze się w nim czuję, mam fajnych sąsiadów. po drugiej stronie ulicy mieszka ian wright...



miasta reznora

MERCER - stan pensylwania. właśnie w tej dziurze trent reznor przyszedł na świat ( ponoć o 7:30 rano 17 maja 1965 ). miasteczko liczy około trzech tysięcy mieszkańców i od reszty świata jest odgrodzone ogromnymi polami kukurydzy. podobno jest tam bardzo ładnie i bardzo nudno. reznor wyrwał się stamtąd dopiero w wieku 18 lat - trafił do allegheny college ( najbliższe większe miasto - pittsburgh ). potem ruszył do...

CLEVELAND - stan ohio. miasto bez specjalnego klimatu, bardziej stawia na przemysł niż kulturę i chyba nie lubią tam murzynów ( zamieszki rasowe w 1966 ). może my poczuliśmy się w cleveland swojsko - to spory ośrodek polonijny. założone w 1796 uzyskało prawa miejskie w 1836, teraz, wliczając przedmieścia, mieszka w nim dwa miliony ludzi. minus jeden - reznor wyprowadził się z cleveland po tym, jak dokonano włamu do jego mieszkania. postanowił, że miejscem, gdzie na pewno poczuje się lepiej, bedzie...

NOWY ORLEAN - stan luizjana, delta missisipi, więc dziwne nie jest, że większość z około miliona ludności stanowią murzyni. to w dużej mierze czarnoskórym nowy orlean zawdzięcza bardzo specyficzny klimat - to oni wymyślili nowoorleański jazz, oni podtrzymują przy życiu swój folklor, ich kultura wypełnia muzea i galerie. nowy orlean jest sporym portem i to także ma klimatyczne i kulturowe znaczenie. jak na amerykańskie warunki jest miastem starym - założyli go francuzi w 1718. sporo tam osiemnasto- i dziewięnastowiecznych zabytków - w jednych z nich mieszka trent reznor.