nine inch nails - and all that could have been. nine inch nails. live ( nothing/universal music )
koncertowy przegląd trzynastoletnich dokonań trenta reznora i spółki
kto widział nine inch nails na żywo, ten wie, że ich występy to prawdziwe arcydzieła sztuki scenicznej. niesamowite światła, niepowtarzalny mroczny klimat, potężna ściana dzwieku... a gdy do tego dojdzie jeszcze ingerencja sił natury ( jak na festiwalu woodstock w 1994, gdy po gigantycznej ulewie scena pokryła się błotnistą mazią, kępami trawy i czymś tam jeszcze...), robi się naprawde niezapomniane przeżycie. nie ma jednak co ukrywać: zapis audio nie jest w stanie oddać tej magii. and all that could have been. nine inch nails. live należy więc potraktować jako namiastkę czy może raczej zachętę do obejrzenia koncertu grupy.
and all that could have been... to siedemdziesiąt cztery minuty muzyki. szesnaście utworów zarejestrowanych podczas trasy po stanach zjednoczonych dwa lata temu. króluje oczywiśnie nieamowity hałas. zdecydowany puls bębnów plus zgiełk gitar i syntezatorów. przestrzegam przed odkreceniem na full samego początku płyty. otwierający ją terrible lie z 1989 roku zaczyna sie od naprawde mocneego uderzenia. z sin, gace up, wish i naturalnie starfuckers, jest podobnie. ale wbrew pozorom reznor i koledzy grają sporo łagodnych, ładnych melodii. the frail, the mark has been made i zamykający całość hurt to najlepsze przykłady. szkoda tylko, że przy okazji grania spokojniejszych dzwięków - zwłaszcza w the great below - upodabnia się do kolegów po fachu, czyli naszych ulubieńców z depeche mode.
tylko rock - grzesiek kszczotek.
nowa płyta nine inch nails. a w zasadzie nie nowa, bo koncertowa. nie wiem co sobie pan trent myśli ale obawiam się, że tu i ówdzie mogą sie pojawić zarzuty, że płyta pojawiła się po to by zapchać lukę, jaka powstała w wyniku braku nowych kompozycji zespołu. w sumie album the fragile miał premiere w 99 roku... w tym samym momencie można albo narzekać albo zainteresować się krążkiem. a ten może dla fanów trenta stanowić całkiem spory kąsek. po pierwsze jest znakomicie nagrany. i tu pewno wkroczyła nowoczesna technika, która pomogła podrasować brzmienie nie jest to jednak zarzut, bowiem praktycznie każdy zespół korzysta z dobrodziejstw elektroniki i technik studyjnych. materiał jest spory - trwa ponad 70 minut.wrażenie, że jest to materiał podsumowujący jakiś okres w działalności zespołu potęguje też fakt, że znalazły sie tu nagrania z każdej praktycznie płyty - the downward spiral reprezentuja cztery utwory, broken dwa, pretty hate machine trzy, zaś najwięcej rzecz wiadoma, czyli sześć, pochodzi z płyty the fragile. oczywiście gdyby wziąść pod uwagę fakt, że jest to album dwupłytowy, to nie jest to wcale tak dużo. w zasadzie na tym można opis zakończyć, bowiem każdy zdeklarowany fan zespołu sięgnie po płyte napewno, zaś wszystkich nieznających tworczości trenta zachęcam do zapoznania sie z krążkeim, który stanowi bądz co bądz, przekrój przez kariere tego zespołu.
metal hammer - arek lerch
|
|