Czy powinniśmy w tym miejscu prezentować wykonawcę, który tak naprawdę zaistniał dopiero w bieżącej dekadzie i ma na koncie jedynie trzy albumy ? Przy tym jest porównywany nie do Juana Atkinsa czy Kraftwerku, ale do Davida Bowie, Prince`a czy Kurta Cobaina, a do tego jego historia obraca się przeważnie wokół sal koncertowych, czy nawet stadionów, a nie klubowych parkietów. Jednak to, że w ostatnich latach muzyka popularna i rockowa zbliżyła się do klubowego "undergroundu" jest w dużym stopniu zasługą Nine Inch Nails. A poza tym MTV początkowo przeoczyło talent Trenta Reznora i potem bardzo tam tego żałowało. My nie damy się zaskoczyć...
Finalnym argumentem za przedstawieniem właśnie tej formacji w dziale "Wszystko o" może być fakt, że najnowszy album Nine Inch Nails wielu krytyków ogłosi albumem roku 1999, zaś Trent Reznor niewątpliwie należy do najbardziej twórczych użytkowników muzycznej elektroniki.
"Muzyka była całym jego życiem już od szczenięcych lat. Był niezwykle utalentowany."
(Bill Clark, dziadek Trenta Reznora)
Michael Trent Reznor urodził się 17 maja 1965 roku w Mercer, niewielkim miasteczku w Pennsylwanii. Jako że jego ojciec również nazywał się Michael Reznor, wszyscy używali drugiego imienia Michaela Juniora i tak już zostało. Dwa lata później na świat przyszla jego siostra - Tera, a w 1970 roku ich rodzice rozwiedli się. Oczywiście w momencie gdy Nine Inch Nails stało się sławne dziennikarze uznali, że pochodzenie z rozbitej rodziny stało się przyczyną, dla której Trent wyrósł na wyalienowanego smutasa. Jednak on sam nie twierdzi że jego dzieciństwo było nie-
udane. Po rozstaniu się rodziców wychowaniem rodzeństwa zajęli się dziadkowie ze strony matki, równierz mieszkający w Mercer i potrafili z powodzeniem zastąpić im rodziców. Z nimi zresztą wcale nie stracili kontaktu, a Michael senior do dziś jest jednym z największych przyjaciół Trenta. Rodzina szybko odkryła muzyczny talent pięciolatka i zafundowała mu lekcje gry na pianinie, a potem także na saksofonie i tubie. Mlody Reznor znalazł się w szkolnej orkiestrze i zespole jazzowym. Dał się wtedy poznać także jako talent sceniczny, występował bowiem w szkolnych przedstawieniach, a największym powodzeniem cieszył się w roli Judasza w musicalu "Jesus Christ Superstar".
Po ukończeniu szkoły w rodzinnym Mercer w 1983 roku rozpoczął naukę w pobliskim Allegheny
College, gdzie studiował techniki komputerowe. Jednak po roku rzucił szkołę i postanowił
poświęcić się muzyce.
Przeniósł się do Cleveland i rozpoczął pracę w sklepie muzycznym. Na krótko wylądował też
w lokalnym zespole The Innocent i choć nie zagrzał w nim długo miejsca, to zdążył się znaleźć na okładce albumu grupy- "Living On The Streets" oraz zagrać z nią kilka koncertów (m.in. otwierających występy Briana Adamsa). Potem bardzo tego żałował, bowiem The Innocent grali zapyziały amerykański rock w stylu Foreigner, więc było się czego wtydzić. Po zniknięciu niechlubnej formacji Trent znalazł się za klawiszami w innym zespole- The Urge. Grupa prezentowała modną wtedy w Stanach formułę "cover bandu", grającego wyłącznie cudze nagrania.
Młodzież spotykała się przy piwie w klubach i w magazynach przerobionych na lokale, a zespoły takie jak The Urge, grały "pod kufel" aktualne przeboje Van Halen, ZZ Top, Styx czy Journey.
Wprawdzie było to czyste rzemiosło, jednak Trent skorzystał na nim, miał bowiem okazję nie tylko grać, ale zaczął wtedy także śpiewać, a przy tym praca w takim zespole przynosiła przyzwoite dochody. Jednak epoka "cover bandów" dobiegła końca i podobnie stało się z The Urge. Amerykanie przyswoili sobie wtedy synth-pop/new romantic, a Trent razem z przyjacielem ze "średniaka"- Chrisem Vrenną, znalazł się w grupie The Exotic Birds. W zespole prowadzonym przez Andy Kubiszewskiego Reznor stanął za klawiszami, śpiewał też chórki i zajmował się programowaniem.
Jednak Exotic Birds zawiesiło działalność w 1987 i na jakiś czas znajomość z Andym urwała się. Trent znalazł się w kolejnej formacji, tyle że był to zespół...jednodniowy. W Cleveland kręcono akurat film "Light Of The Day" z Michaelem J. Foxem i Joan Jett o początkujących muzykach. Potrzeba było zatem jakichś lokalnych amatorów, a Trent był akurat pod ręką i miał własny sprzęt,
dostał więc angaż. Razem z dwoma muzykami z Exotic Birds jako synth-popowe The Problems zagrali w filmie cover nagrania...Buddy Holly`ego "True Love Ways" !
Faktycznie jak dotąd TR nie miał skąd czerpać poważniejszych inspiracji, wkrótce poznał jednak osobę,która z pewnośią zmieniła jego muzyczne horyzonty. Był to Martin Atkins, muzyk znany z bębnienia w takich formacjach, jak Killing Joke, PIL czy Ministry i oczywiście założyciel "industrialnej supergrupy"- Pigface. Zanim jednak Atkins stał się popularny, w połowie lat 80. grał we własnej formacji Brain Brain. Kiedyś podczas pobytu w Cleveland grupa postanowiła uzupełnić swoje nagrania sekcją instrumentów dętych i w ten sposób Trent wraz ze swoim przyjacielem, Tomem Lashem, mieli po raz pierwszy od czasów szkoły okazję wykazać się grą na trąbce. Kolejna formacja w krórej zagościł- Slam Bam Boo, nie odbiegała od synth-popowych standardów. Różnica pomiędzy The Exotic Birds a SBB polegała w sumie na tym, że ci pierwsi byli porównywani do A FLock Of Seaguls, drugich zaś uznawanano za "odpowiedź Cleveland na Duran Duran". Ze Slam Bam Boo "wyłuskał" go Kevin McMahon, lider innej lokalnej grupy- Lucky Piere. Tym razem była to formacja z wieloletnim stażem i bliższa glam-rocka niż synth-popu. Razem nagrali EP-kę "Communication", potem McMahon rozwiązał Lucky Piere`a i sformował nową grupę- Prick, na której debiutanckim albumie znalazły się cztery nagrania wyprodukowane przez Reznora. Potem jeszcze Trent pomagał różnym lokalnym grupom, m.in. Hot Tin Roof Toma Walsha (który wraz z TR znalazł się w Lucky Piere), ale doszedł wreszcie do wniosku, że czas samemu zacząć tworzyć muzykę.
W międzyczasie zatrudnił się w miejscowym studiu nagraniowym Right Track (wkrótce przemianowanym na Midtown) jako...sprzątaczka. Czyścił toalety i szorował podłogi za 200 dolarów miesięcznie.
Ale za to mógł korzystać ze studia w chwilach , gdy nie było zajęte (czyli pomiędzy 3 w nocy a 8 rano). Nie powodziło mu się wtedy najlepiej, mieszkał w obskurnym lokalu wynajmowanym wspólnie z Chrissem Vrenną. Jego własne "studio" mieściło się w piwnicy budynku w którym mieszkał i składało się z kilku syntezatorów i komputera Apple.
"Ten gość zawsze bardzo koncentrował się nad wszystkim co robił. Kiedy woskował posadzki w studiu, wyglądały świetnie."
(Bart Koster, właściciel studia Right Track)
Oczywiście przy takich zarobkach nie było mowy o zatrudnianiu innych muzyków, Trent uznał jednak, że skoro taki Prince mógł sam nagrywać partie wszystkich instrumentów, to on też może spróbować.
Jedynie z menadżerem nie miał większych kłopotów, John Malm opiekujący się The Exotic Birds szybko dogadał się ze swoim byłym podopiecznym i prowadzi jego interesy do dziś. Wtedy też powstała nazwa "formacji"- Nine Inch Nails, mająca swoje źródło zapewne w horrorach, bowiem Trent od dziecka fascynował się takimi filmami jak "Egzorcysta", czy "Omen". Przygotowany materiał demo został wysłany do dziesięciu niewielkich europejskich wytwórni zajmujących się industrialem i EBM. Ponoć wszystkie zaoferowały kontrakty. Zaskoczeni tym Reznor i Malm, uznali że najwidoczniej należy skontaktować się z jakąś większą oficyną. Udali się zatem do Nettwerk, kanadyjskiej wytwórni w której szeregach działało Skinny Puppy. Szefowie firmy byli zainteresowani NIN, ale z powodu przejściowych trudności z płynnością finansową nie mogli zaoferować natychmiastowego kontraktu. Zaproponowali jednak Nine Inch Nails udział w trasie koncertowej swoich "szczeniaków". Trzeba więc było skompletować skład, z którym zespół mógłby pokazać się na żywo. Okazało się jednak, że kompozycje Reznora nie poddały się przeróbkom i to co dobrze brzmiało w studiu, podczas występów wypadło mizernie. Do tego stopnia, że po kilku wspólnych koncertach Skinny Puppy podziękowało "zespołowi" z Cleveland za współpracę...
Trent powrócił do Right Track, gdzie nadal pracował nad materiałem demo, ale też starał się przerobić swoje nagrania tak, aby w przyszłości nie błaźnić się przed publicznością. Ostatecznie kontrakt został podpisany z niezależną nowojorską wytwórnią- TVT, a Reznor uzyskał środki na produkcję albumu. Uznał że najbardziej pomocny w uzyskaniu wymarzonego brzmienia będzie Flood (Mark Ellis), producent znany ze współpracy z Depeche Mode czy Nitzer Ebb. Styl pracy Flooda, określany przez TR jako "przeźroczysty", polegał na tym, że nie narzucał on produkowanym nagraniom czegoś w stylu "firmowego brzmienia", ale uwypuklał ich najlepsze cechy. I choć materiał dostarczony przez NIN spodobał mu się, to był zjęty akurat pracą z Depech Mode i znalazł czas tylko na dwa nagrania: "Head Like A Hole" i "Terrible Lie".
Trent musiał więc znaleźć innych producentów, a "zastępcy" Ellisa wcale nie ustępowali mu sławą, czy umiejętnościami. Byli to John Fryer (Cocteau Twins, depeche Mode, Wire, Love & Rockets), Keith LeBlanc (Tackheads, Fats Comet) i Adrian Sherwood (właściciel On U Sound, produkował m. in. Ministry, Depeche Mode, Cabaret Voltaire). Demo dostarczone im przez nieznanego, młodego artystę było tak dobre, że wszyscy zgodzili się zająć produkcją jego nagrań.
"Rzeczy, które mnie irytują są bardziej inspirujące i motywujące do pracy, niż te, z których jestem zadowolony lub szczęśliwy."
(Trent Reznor,wiadomo kto...:] )
Następne kilka miesięcy TR, wspomagany przez Chrisa Vrennę, spędził na doprowadzaniu materiału obrobionego przez czterech różnych ludzi do jednolitej postaci, tak by album stanowił spójną całość. Gdy był już zadowolony z osiągniętego efektu, materiał trafił do szefa TVT, Steve`a Gottlieba i...spotkał się z totalną krytyką. Gottliebowi podobały się dema, zawierały bowiem przebojowy, inteligentny synth-pop. Gotowy materiał był zaś dużo ostrzejszy, ponury i trudniejszy w odbiorze. Trent dowiedział się, że "zrujnował dobre piosenki" i będą mieć dużo szczęścia jeśli uda się sprzedać 20 tysięcy kopii albumu (Gottlieb nigdy nawet nie słyszał o takich ludziach jak Ellis, Sherwood, Fryer i LeBlanc). Tyle że akurat dla Reznora nakład i "grywalność" w radiu i MTV nie miały większego znaczenia. Płyta była zbyt osobista i sam fakt, że jego intymne odczucia i emocje, przeniesione z pamiętnika do tekstów nagrań znajdą się w sklepach i każdy będzie mógł je kupić, był dla niego dość dziwaczny. Wcześniej próbował pisać teksty na "industrialną" modłę, bardziej opisowe i zahaczające o politykę, ale po prostu nic z tego nie wychodziło. Zaczął więc pisać w pierwszej osobie- o frustracji, wewnętrznych rozterkach i innych równie "komercyjnych" emocjach. "Pretty Hate Machine", bo taki tytuł nadał swojemu dziełu, ukazało się wreszcie w 1989 roku, a jedyne co udało się wymusić wytwórni, to umieszczenie na albumie nagrania "Down In It" w miksie Sherwooda, choć Reznor uznał że jago własna wersja (bardziej hip-hopowa) lepiej pasuje do całości. W tym okresie synth-pop zdążył przejść do historii, a najbardziej progresywne amerykańskie grupy zaczynające od słodkich, syntetycznych melodyjek, a z czasem przemianowane na "industrial", dociążyły swoje brzmienia i sięgały po gitary. I choć TR przyznawał się do inspiracji Ministry (choć najczęściej słuchał wtedy The Clash...), to tylko w niewielkim stopniu przekładało się to na jego własne dźwięki. Nagrania bazujące na syntetycznych brzmieniach i automatach perkusyjnych miały jednak wiele wspólnego z muzyką taneczną (brzmienia, rytmika), hip-hopem (rytm, czasami wokale), rockiem i metalem (gitary) czy wreszcie popem (struktura nagrań, melodie). Można stwierdzić że Reznor stworzył własny gatunek, ponieważ żadna z tych stylistyk nie dominowała w jego nagraniach nad innymi. Wszystkie porównania i szufladki w jakie starano się wepchnąć "Pretty Hate Machine" i pochodzące z albumu "przeboje"- "Head Like A Hole", "Terrible Lie" czy "Sin" przeważnie nie miały sensu. Jeżeli już szukać analogii, to "PHM" przypomina wydane w 1986 roku "Infected" The The. Podobnie jak NIN, The The to praktycznie jednoosobowa formacja, której mózgiem jest Matt Johnson, zaś "Infected" to również owoc pracy perfekcjonisty, inteligentny, wyprzedzający swoje czasy i oparty na szczerych, niewesołych emocjach. A że "dobrze sobie kombinuję" może świadczyć fakt, że The The ostatecznie wylądowało w wytwórni Trenta Reznora- Nothing.
"Staram się robić muzykę która będzie prowokować zarówno mnie samego jak i publiczność. Muzykę zawierającą dźwięki, które wydawać się mogą złe przy pierwszym słuchaniu. To może być oznaka wielkiej płyty. Takie albumy są właśnie moimi ulubionymi- jak "Psychocandy" The Jesus And Mary Chain. Za pierwszym razem myślałem że to sprzęt mi się zepsuł. Dopiero później odkryłem w tym geniusz."
(Trent Reznor)
Jedynym środowiskiem, które entuzjastycznie przyjęło debiutancki album NIN, byli fani "industrialu" i bywalcy undergroundowych klubów tanecznych. A jako że większość z nich była znudzona faktem, iż w interesującej ich stylistyce niewiele się dzieje, Reznora zaczęto kreować na lidera gatunku- "króla industrialu". Wkrótce też "odświeżony" gatunek zaczął zyskiwać nowych przedstawicieli, od zwyczajnie kopiujących styl NIN po tych, którzy zmienili swoje oblicze pod wpływem TR. Jednak choć lista jednych i drugich wciąż rośnie (wymieńmy dla przykładu Stabbing Westward- w którym znalazł się wspomniany Andy Kubiszewski, Chemlab, Sister Machine Gun, Terminal Power Company, czy wreszcie Marilyn Manson), to nikomu nie udało się stworzyć czegoś równie kompletnego i intrygującego. Trent zniechęcony "szufladkowaniem" jego muzyki postanowił przenieść się do Wielkiej Brytanii i znaleźć tam odpowiednich współpracowników. Dał nawet ogłoszenie do "Melody Makera", ale odzew jaki uzyskał, spowodował zmianę planów. NIN znalazło się wtedy w dość kłopotliwej sytuacji, ponieważ zgodnie z przewidywaniami Steve`a Gottlieba, płyta nie przyjęła się w mediach, a Trent potrzebował pieniędzy, aby uwolnić się od wytwórni. TVT odmówiło bowiem jakiegokolwiek wsparcia dla projektu Reznora, ten zaś stwierdził, że nie nagra dla firmy Gottlieba ani jednego nowego numeru. Jednak TVT nie zgadzało się na zerwanie kontraktu i artysta nie mógł zmienić wydawcy. Potrzebował zatem gotówki, by sfinansować prawników i uwolnić się od "opieki" na drodze sądowej. Pozostały zatem koncerty. Trent sformował nowy skład (Chris Vrenna- perkusja, Richard Patrick z Exotic Birds- gitara, David Haymes- klawisze) i ruszył w trasę z Jesus And Mary Chain. Nadal jednak występy nie były udane. Koncertowy skład NIN prezentował się dość statycznie, starając się jak najlepiej odegrać przygotowany materiał, który dla fanów JAMC był zbyt elektroniczny. Sytuacja uległa jednak zmianie podczas kolejnej trasy, tym razem z Peterem Murphym. Reznor zmęczony i sfrustrowany kłopotami z TVT miał dość "gothów" przychodzących na koncerty ex-lidera Bauhausu: "Całe to uszminkowane i wytapirowane towarzystwo było wyjątkowo sztywne. Każdy z nich starał się pokazać, że jest najbardziej znudzoną osobą na sali. Podczas kolejnego występu zauważyłem kawałek pizzy walający się na scenie, który leżał tam od czasu próby technicznej. Rzuciłem nim w jednego z tych nastroszonych "gothów" i pizza dosłownie ścięła jego fryzurę. Następni oberwali puszkami z niedopitym piwem. Okazało się, że im bardziej obrażam publikę, tym bardziej jest zadowolona". Trent zaczął przewracać sprzęt i niszczyć instrumenty po czym opuścił scenę. Widownia wpadła w zachwyt. Jednak zespół towarzyszący Murphy`emu z niesmakiem patrzył na te ekscesy i "Pan Kości Policzkowe" (jak Trent nazywa PM) musiał pozbyć się agresywnego "support actu". W ramach "urlopu" Reznor pojawił się w Pigface Martina Atkinsa, nagrywając partie wokalne do jednego z najlepszych nagrań grupy- "Suck" i biorąc udział w jej trasie koncertowej. Kilka miesięcy później znalazł się w składzie jednego z wielu projektów Ala Jourgensa z Ministry- 1000 Homo DJ`s oraz gościnnie pojawiał się na scenie podczas występów Revolting Cocks. Te kolaboracje oczywiście utwierdziły krytyków i fanów, że NIN to industrial.
"Muzyka którą lubiłem jako dzieciak, to były rzeczy przy których stwierdzałem- "Hej! Ktoś czuje to samo, co ja?". Więc jeżeli ktoś odbiera podobnie moją muzykę, uważam swoją misję za spełnioną."
(Trent Reznor)
W trakcie roku 1990 popularność grupy mimo prawie zupełnej ciszy w eterze zaczęła rosnąć. Singiel z "Down In It" znalazł się na pierwszym miejscu listy tanecznych hitów magazynu "Rolling Stone", oraz na "Club Top 20" "Billboardu". Natomiast sprzedaż "Pretty Hate Machine" osiągnęła wtedy poziom 150 tysięcy kopii (z czasem miała grubo przekroczyć milion), co tylko utwierdziło TR, że to on, a nie TVT ma rację. Wtedy też pojawił się singiel "Sin" (ponownie produkcja Sherwooda), zawierający m.in. przeróbkę nagrania Queen "Get Down Make Love" przy realizacji którego pomagali Jourgensen i inny członek Ministry- Paul Baker. Pomimo (albo też dzięki niemu) tego dość perwersyjnego zestawienia singiel również dobrze się sprzedawał. Trent zachęcony sukcesami i coraz bardziej poróżniony z Gottliebem zgodził się na propozycję Janes Addiction i Nine Inch Nails wzięło udział w pierwszej edycji objazdowego festiwalu Lollapalooza w 1991 roku. Pomimo zmian w składzie (Haymesa zmienił Lee Mars, Vrenna na jakiś czas poróżnił się z Reznorem i opuścił zespół, jego miejsce zajął Jeff Ward z Ministry, który wkrótce nie mogąc poradzić sobie z heroiną popełnił samobójstwo) i kłopotów technicznych (często wysiadało napięcie, zaś 25 tysięczny tłum był przekonany, że zespół gra z playbacku, który się zacina) festiwal zakończył się dużym sukcesem grupy, która w ten sposób zaczęła trafiać także do mediów. Kolejne koncerty NIN miały miejsce w Wielkiej Brytanii, u boku Carter USM i Wonder Stuff. Zbyt ponura i agresywna jak na gusta Anglików (zwłaszcza że była to epoka dominacji rave), formacja nie zrobiła tam większego wrażenia. Trent, który już wtedy uznał że woli skrajne reakcje od ignorancji, udał się do Niemiec, gdzie otwierał występy...Guns`n`Roses- zresztą na prośbę Axla Rose`a, któremu spodobała się płyta NIN. Tym razem Reznor dostał to co chciał, z góry wiedząc że zostanie potraktowany jako "pedał z syntezatorem"- na scenę poleciały wyzwiska, butelki i...parówki (oczywiście wszystko natychmiast pofrunęło z powrotem). A przy okazji: po raz pierwszy zaczęto określać go mianem "pedała" w szkole, kiedy zamiast sportem, zaczął interesować się muzyką...
Po powrocie do Stanów okazało się, że wszystkie zarobione podczas występów pieniądze nie wystarczą na opłacenie kosztów procesu (który zresztą potrwałby około dwóch lat). Będąc na granicy załamania nerwowego Reznor zaczął w tajemnic nagrywać nowy materiał, wynajmując studia nagraniowe pod różnymi, wymyślonymi nazwiskami. Flood jak zwykle był zajęty pracą z Depeche Mode, więc pomógł tylko przy trzech nagraniach. Pozostałe TR zarejestrował sam, przy tym w odróżnieniu od "Pretty Hate Machine" wszystkie utwory skomponował nie przy pomocy komputera i syntezatorów, ale gitary. Uznał nawet, że maksymalnie uprości swoje nagrania i zrezygnuje z elektroniki, bazując tylko na gitarach i perkusji, jednak w końcu zrezygnował z tego pomysłu (trochę szkoda, bo "Nevermind" Nirvany,który powstał w tym samym czasie, mógłby przejść niezauważony i prawdopodobnie trzy lata później Kurt Cobain nie odstrzeliłby sobie głowy).
"Trent to muzyczny geniusz i jeden z najbardziej inspirujących artystów naszych czasów. Pomimo kłopotów pojawiających się w trakcie naszej współpracy, czuję wyłącznie skrajną miłość i podziw dla jego twórczości."
(Steve Gottlieb)
Sytuacja rozwiązała się w końcu w dość niespodziewany sposób. Jimmy Iovine, szef Interscope Records, postanowił przejąć Nine Inch Nails. Skoro TVT absolutnie nie zgadzało się odstąpić Reznora, artysta został "wykupiony" razem ze swoją dotychczasową wytwórnią. Od tej pory TVT działało samodzielnie, ale nie miało prawa ingerowania w poczynania artysty (choć logo wytwórni nadal pojawiało się na jego wydawnictwach), ten zaś uzyskał pełną artystyczną swobodę i własną, podległą Interscope, oficynę, którą nazwał, zgodnie z dotychczasową, nihilistyczną "polityką"- Nothing (Reznor prowadzi ją wspólnie ze swoim menadżerem). Wszystkie płyty wydawane przez NIN, także te opublikowane już przez TVT były od tej pory oznaczane hasłem "halo" i kolejnym numerem. Pierwszym produktem Nothing (halo 5) był materiał stworzony potajemnie przez TR, który ujrzał wreszcie światło dzienne pod postacią EP- ki "Broken". Trudno o lepszą ilustrację stanu psychicznego, wściekłego artysty nienawidzącego świata (a przede wszystkim siebie samego i Steve`a Gottlieba). Agresji tekstów towarzyszyła ostra, elektronicznie zmanipulowana muzyka (m.in. "Happiness In Slavery", "Gave Up"), która tym razem z tańcem, czy synth-popem niewiele miała wspólnego (syntetyczna partia w "Happiness Is Slavery" to prawie house, ale "Last" to wręcz metal). Całość uzupełniał cover nagrania Adama Anta "Physical" i wspomniane już "Suck" Pigface (jeszcze lepsza wersja od oryginału- tekst sprowadza się do słów: "no i jak ?- do dupy!").
"Wielu gości ma dziewczyny, ale to ja mogę rozbijać gitary na scenie. To będzie moje epitafium: "Nigdy nie miał dziewczyny, ale można go było zobaczyć, jak rozwala Les Paula"
(Trent Reznor)
Mimo że Reznor z góry zakładał, iż wielu fanów będzie rozczarowanych nowym, agresywnym brzmieniem, tak się jednak nie stało. Częścią "fenomenu NIN" jest bowiem fakt, że nagrania TR to w istocie dobrze napisane, często piękne piosenki, tyle że rozjechane na miazgę przy użyciu studyjnej elektroniki, komputerów, przesterowanych gitar i gwałtownego, histerycznego śpiewu. "Broken" wylądował od razu na siódmym miejscu listy najlepiej sprzedających się płyt z muzyką...pop, a gitarowy sabat w "Wish" zaowocował nagrodą Grammy dla singla z tym nagraniem w kategorii...hard rock/heavy metal. Radykalną poprawę swojej sytuacji Reznor uczcił "naprawiając" zartość "Broken". A w zasadzie zrobili to zaproszeni goście, którzy wzięli na warsztat zawartość EP- ki, a remiksy ich autorstwa wypełniły płytę "Fixed". Należy wspomnieć, że był wśród nich, obok Coil i Butcha Viga (to ten od "Nevermind" Nirvany...) Jim "Foetus" Thirlwell. Muzyce "Foetusa" zawdzięcza bowiem NIN wielokrotnie więcej niż choćby Ministry. Można wręcz stwierdzić, że płyty Reznora są logiczną kontynuacją najlepszych produkcji Thirlwella z czasów "Hole" czy projektu Wiseblood.
NIN uzyskało środki na produkcję nowego albumu, Trent zaś przeniósł się do Nowego Orleanu, gdzie postanowił zamieszkać i zbudować własne studio nagraniowe. Okazało się jednak, że nie był w stanie znaleźć odpowiednio dużego lokalu, do tego wszyscy współpracujący z nim technicy potrzebni do instalacji sprzętu mieszkali w Los Angeles. W końcu poleciał więc do Kaliforni i po obejrzeniu kilkunastu domów przeznaczonych do wynajęcia, znalazł w Beverly Hills obszerny budynek z pięknym widokiem na miasto, jednak dostatecznie daleki od jefo zgiełku (Reznor nienawidzi Los Angeles). Wkrótce okazało się jednak, że to właśnie w tym miejscu w 1969 roku gang "podopiecznych" Charlesa Mansona brutalnie zamordowała żonę Polańskiego- Sharon Tate i czwórkę jej przyjaciół. Sprawa ta jest słabo znana w Polsce, ale w Stnach do dzisiaj żywa, jako jeden z najbardziej brutalnych i bezsensownych mordów obecnego stulecia. TR miał akurat dość niezdrowych sensacji wokół swojej osoby, ponownie zaczął więc poszukiwania w Nowym Orleanie. Gdy jednak nie przyniosły rezultatu, wynajął owiany złą sławą dom przy Cielo Drive. Media zauważyły to natychmiast.
Marcin Bogacz
|
|