trent reznor - naprawde delikatny człowiek
Muszę wam powiedzieć, że spełniło się kolejne z moich muzycznych marzeń. Jadąc do Berlina wcale nie było to takie pewne czy dojdzie do tego spotkania. Bardzo się obawiałem tego wywiadu, co zresztą powiedziałem zaraz na samym początku mojej rozmowy z Trentem Reznorem i Danny Lohnerem. Obecność tego drugiego była dla mnie zaskoczeniem, jak się później okazało bardzo miłym, ponieważ pytania przygotowałem pod kątem lidera i twórcy NIN. Kiedy pognałem już za managerem na zaplecze berlińskiej Olimpiahalle, gdzie się miał odbywać koncert 22 listopada 1999 roku, nagle powiadomił mnie, iż będę rozmawiał z dwoma członkami NIN. Zasugerował, żebym również zadawał pytania Danny'emu. No, dobra pomyślałem, ale jakie?

W 1997 roku magazyn Time nazwał Reznora jednym z 25 najbardziej wpływowych ludzi w U.S.A. Miesiąc później pismo Spin z kolei nazwało go najbardziej wpływowym człowiekiem w muzyce. Branżowy amerykański magazyn muzyczny Musician wybrał go Artystą Roku 1997, a Alternative Press płyta "The Fragile" uznał za jedną z 25 oczekiwanych pozycji 1998, 1999 i 2000 roku... Każdy z tych wywiadów zaczynał się opisem wyglądu Trenta. Wszędzie tam można było przeczytać, ze Trent jest ubrany w czarny t-shirt oraz trampki i że wygląda raczej jak przeciętny gość, którego można spotkać w sklepie w Luisianie, a nie jak bóg muzyki industrialnej. Kiedy po kilkuminutowym oczekiwaniu wreszcie poproszono mnie do pokoju, ujrzałem siedzącego na brązowej skórzanej kanapie Reznora, rzeczywiście wyglądającego tak jak go opisywali zachodni dziennikarze oraz równie zwyczajnie wyglądającego Lohnera, który przycupnął na krzesełku stojącym obok kanapy. Ja usiadłem na przeciw i zacząłem naszą rozmowę.


MH: Wiem, że odpowiadałeś na to pytanie setki razy, ale Twoich polskich fanów zapewne również interesuje to , dlaczego musieli czekać z utęsknieniem na Waszą nową płytę aż pięć lat. Dlatego proszę Cię odpowiedz i na to pytanie.

Reznor: Po nagraniu "The Downward Spiral" byliśmy w trasie przez ponad dwa i pół roku. Byliśmy strasznie wyczerpani tymi koncertami, więc po prostu później zrobiliśmy sobie dłuższa przerwę. Następnie zająłem się produkcją płyty Marilyn Manson "Antichrist Superstar", co też zajęło mi trochę czasu. Kiedy już miałem za sobą ten etap, zacząłem szukać jakiegoś bodźca, jakiejś motywacji do rozpoczęcia pracy nad nowa płyta. Kiedy wreszcie pojawiła się wena twórcza, okazało się, że tym razem będzie to proces długotrwały. Od momentu rozpoczęcia pracy nad tym albumem, do chwili jego ukończenia, minęły dwa lata. Był to bardzo pracowity dla mnie czas. Był to czas szukania nowych idei, nowych pomysłów. Czas eksperymentów, czas nagrywania, wymyślania i pisania. Tak więc, nie odczuwam być może tak wielkiej luki czasowej jak moi fani.

Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że w tak zwanym międzyczasie Reznor popełnił jako producent ścieżkę dźwiękowa do dwóch wyśmienitych obrazów: "Lost Highway" Davida Lyncha i " Natural Born Killers" Oliviera Ston'a. Skomponował muzykę do gry komputerowej "Quake". Poza tym opracował kompilacje video NIN "Closure". Co się zaś tyczy Briana Warnera vel Marilyn Mansona to panowie nie są już przyjaciółmi. A trzeba wam wiedzieć, ze Manson był jednym z dwóch, może trzech najbliższych przyjaciół Reznora. Trent go wypatrzył i wziął pod skrzydła wytworni Nothing, której szefuje i której nakładem ukazały się pierwsze krążki Mansona.

R: Myślę, że coś pękło miedzy nami. Być może ze względu na to, że oboje jesteśmy bardzo silnymi osobowościami. Manson od początku do końca był i jest jedną wielką prowokacją, ale w pewnym momencie przestał wyczuwać bardzo cienką linie dzielącą prowokacje i śmieszność. Moim zdaniem, zaczął przesadzać i przekroczył pewne granice. Jest mi naprawdę przykro, że tak się stało, ponieważ Manson był w pewnym okresie bardzo bliską mi osobą. Być może wiesz jak to jest kiedy traci się przyjaciela.

MH: W 1994 roku zagraliście na festiwalu w Woodstock. Jak wspominasz to wydarzenie?

R: Jakoś niespecjalnie. Kiedy przychodzi ci grać na takim olbrzymim spędzie pod olbrzymim logo Pepsi, przykrywającym tego pieprzonego ptaka, który był symbolem tamtego festiwalu, to możesz mieć mieszane uczucia. Większość zespołów zagrała tam przede wszystkim dla kasy i my też to zrobiliśmy, na co pewnie dziś bym się nie zdecydował. I rzeczywiście Reznor odrzucił propozycję zagrania na tegorocznej edycji Woodstock, tak jak permanentnie odrzuca propozycje wzięcia udziału w talk shows Davida Lettermana, Connana O'Briena czy Jay'a Leno.

MH: Czy zdarza Ci się tworzyć kiedy jesteś szczęśliwy?

R: Nie, nie potrafię tworzyć, kiedy jestem szczęśliwy. Nie mam wówczas ludziom nic do powiedzenia. Powiem więcej. Nie rozumiem, jak w ogóle można tworzyć w okresie szczęśliwości. Zwykle pisze, kiedy cos nie daje mi spokoju, kiedy jestem opętany jakąś myślą. Chociaż, kiedy pracowałem nad tą płytą, miałem wręcz komfortowe warunki do pracy, tak więc nie jestem ci w stanie udzielić 100% odpowiedzi na to pytanie.

Trent w 1995 roku, w połowie trasy promującej poprzedni album, zakupił posiadłość w Nowym Orleanie, gdzie następnie przeniósł się z willi położonej przy 10050 Cielo Drive na wzgórzach Hollywood w L.A. To w tym miejscu w 1969 roku banda Charlesa Mansona zabiła, znajdującą się w ciąży, żonę Romana Polańskiego, Sharon Tate i jej czworo przyjaciół. To tutaj też Trent urządził sobie studio i w 1993 nagrał genialny "The Downward Spiral". Kiedy wprowadzał się do tej posiadłości, aż huczało od plotek w Los Angeles. Wybuchł nie lada skandal. Niektóre media zaczęły bojkotować jego osobę i muzykę NIN. Sam bohater mówi, że w momencie kupowania willi naprawdę nie wiedział o tragedii, jaka rozegrała się tam przed laty. Ja jakoś nie mogę w to uwierzyć. Mniejsza z tym. Teraz w Nowym Orleanie, jego nowej posiadłości, mają również swoje miejsce studia Nothing Records. Wszystkie pomieszczenia są monitorowane przez kamery i podobno nie ma pomieszczenia, w którym nie byłoby podglądu. Z dawnej willi Polańskiego Reznor zabrał ze sobą drzwi frontowe, które ponoć doskonale wytłumiają dźwięk.

MH: Kiedy tak patrzę na ciebie, nie mogę nie zadać jak się czuje osoba, która dziś jest osobą publiczna, a jeszcze przed dziesięcioma laty była prawie nikomu nie znana.

R: Jestem diametralnie inna osobą, od tej jaką byłem przed dekadą. Jestem inny niż przed rokiem. Zmieniłem się bardzo. 10 lat temu myłem kible, później sprzątałem studio nagraniowe, następnie nagrywałem dema różnych grup. W głębi duszy myślę, że nie zmieniłem się aż tak bardzo, ale sytuacja na zewnątrz uległa tak diametralnej zmianie, że nie sposób być wciąż tą samą osobą. Teraz jest tak, że często jest tak, że muszę się zmagać z mnóstwem ludzi, którzy wyprowadzają cię po prostu z równowagi, ale z drugiej strony to jest konsekwencją bycia osobą publiczną. Eksponowanie siebie, odkrywanie własnych opinii i zdradzanie pewnych swoich sekretów jest z kolei częścią ryzyka, jakie się ponosi udzielając wywiadów przy okazji promocji nowej płyty. Jest to pewna rola, która jest nieodłącznie związana z wykonywaniem tej pracy. Nie czuje się komfortowo obnażając się przed ludźmi ze swoimi myślami. Ten rodzaj ekshibicjonizmu myślowego jest złem koniecznym jakie trzeba ponieść decydując się na odgrywanie tej roli, w której nie czuję się szczęśliwy.

MH: A kiedy czujesz się w takim razie szczęśliwy w tej roli?

R: Lubię robić to co robię, tzn. grać i tworzyć muzykę, pracować w studiu, koncertować i patrzyć na reakcje ludzi, na to co zrobiłem. Natomiast za całą otoczką z tym związaną nie przepadam.

A propos szczęścia, Reznor coraz częściej mówi o pewnej stabilizacji, jaką mogłoby mu dać np. założenie rodziny. Być może jest to związane z tym, że jego rodzice rozstali się kiedy miał zaledwie pięć lat. Wychowywała go jego babcia, po której śmierci wpadł w poważna depresje.

MH: Jakim typem człowieka jest teraz Trent Reznor według samego siebie?

R: (po długim zastanowieniu) Naprawdę nie wiem. Myślę, że czasami jestem zupełnie normalny, czasem zachowuję się jak dupek. Są dni, kiedy czuję się dokładnie wyczerpany. Są chwile, kiedy popadam w depresje. To wszystko zależy od nastroju danego dnia, czy też chwili. Ogólnie rzecz biorąc jestem raczej typem samotnika, który jest nieśmiały i bardzo wrażliwy. Prawie zawsze wychodząc na scenę mam łzy w oczach.

MH: Kiedy słucha się " The Fragile" nieodparcie nasuwa się na myśl skojarzenie z "The Wall" Pink Floyd. Chciałbym Cię spytać czy, mimo różnicy pokoleń, czujesz jakąś muzyczną, duchową czy też mentalną więź z Rogerem Watersem?

R: Nie ukrywam, że "ściana" wywarła wielki wpływ na moją muzykę i na moje życie. Nie znam, niestety, Watersa osobiście, ale wydaje mi się, że rozumiem co go bolało, kiedy to pisał. Dorastałem z tą muzyką i ona nadal we mnie jest. Dla mnie ten album to z pewnością jedno z największych rockowych dzieł wszechczasów. Jest to doskonale skomponowana, zagrana i nagrana płyta, która niesie ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Jest na niej depresja, złość, smutek , przygnębienie i wściekłość, a więc uczucia, które czasami są mi bardzo bliskie.

W wielkim domu Reznora odnaleźć można pełno odwołań do filmu animowanego powstałego do tej muzyki. Ściany kuchni, łazienki i jednego hallów zdobią olbrzymie fotografie będące reprodukcjami klatek z tego filmu. W tym momencie postanowiłem spytać o opinie, siedzącego grzecznie na krześle, skupionego Danny'ego czy również uważa tak samo?

Danny: W zupełności. "The Wall" to jedna z moich ulubionych płyt. A film jest moim absolutnym faworytem. Kiedy byłem dzieckiem, dzięki mojemu starszemu bratu poznałem ten album w szczegółach, a później "The Wall" była pierwszym kupionym przeze mnie krążkiem. Miałem wtedy 8 lat. Do dziś uważam Davida Gilmoura za absolutnie niepowtarzalnego i inteligentnego gitarzystę.

MH: A czy widzieliście może koncert z 1990 roku, który odbywał się tutaj właśnie w Berlinie w rocznice zburzenia muru berlińskiego?

D: Ja widziałem fragment, ale to już nie to. T: Ja to oglądałem w telewizji i uważam, ze Waters nie powinien tego robić. Wersje Pink Floyd są niezwykle i nie powinno się ich profanować w taki sposób. Kiedy oglądałem Cindy Lauper to dostawałem po prostu gęsiej skórki. To było po prostu do dupy.

Trent jest znany z wypowiadania cierpkich uwag pod adresem wykonawców, którzy nie za bardzo przypadli mu do gustu. I tak np. Freda Dursta, wokalistę Limp Bizkit uważa za skończonego dupka, któremu należy się siarczysty kop w dupę. Ciekawa jest też jego opinia na temat obecnej kondycji rocka w Stanach.

T: Słuchaj, właściwie to jest tragedia. Kogo dzieciaki mają do wyboru z list Billboardu? Korna? I co dalej?! Jakiś zasrany Oasis zgrywający się na buntowników bez powodu. Wybacz proszę. Jest po prostu złe. W rocku niewiele się dzieje. Moim zdaniem najbardziej kreatywnym kierunkiem jest hip- hop.

MH: Kiedy słucham Waszego nowego wydawnictwa, to miewam bardzo różne odczucia w odbiorze tych dwóch płyt z jakich się ono składa. Czasami jest mi bliższa prawa płyta, a po jakimś czasie się to zmienia i lewa bierze górę. Jak to jest z tymi dwoma krążkami?

T: Słuchaj, te dwie płyty, jak sam zauważyłeś, różnią się. Jeżeli miałbym ci wskazać tą ważniejszą, to jest to lewy LP, który zawiera jakby ważniejsze utwory, bardziej dynamiczne, być może taneczne. Na prawej płycie jest np. bardzo udane nagranie "Starfuckers", ale nie jest to ważna dla całej płyty kompozycja. Prawy krążek jest bardziej eksperymentalny od lewego, zawiera więcej elementów funkowo rytmicznych, ale wydaje mi się, jak już powiedziałem, mniej ważnym krążkiem od lewego. Życzyłbym sobie żeby podchodzić do tego albumu jak do płyty analogowej, która posiada stronę A i stronę B.

MH: Na płycie możemy przeczytać, że ostatecznego szlifu nagraniom dodał Bob Ezrin, nomen omen współtwórca "Ściany" Floydów.

R: Tak, zgadza się. Kiedy już zakończyliśmy prace nad albumem i przechodziliśmy z Alanem Moulderem (współproducentem płyty - przyp. aut.) do ostatecznej fazy zgrywania zauważyliśmy, że na płycie jest sporo nagrań utrzymanych w takich samych tonacjach, takich samych tempach. Chcieliśmy coś z tym zrobić i nie za bardzo mieliśmy pomysł na to. Pomyśleliśmy, że przydałby się ktoś, kto mógłby na to spojrzeć od innej strony. Potrzebowaliśmy kogoś kto na co dzień pracuje przy innej muzyce. Przyszły mi do głowy dwa nazwiska Briana Eno i Ezrina właśnie. Żadnego z nich nie znałem osobiście, dlatego też nie wiedziałem właściwie jak nawiązać z nimi kontakt. Z Bobem skontaktował się Alan, który przedstawił mu przez telefon zarys naszej koncepcji. Bob zgodził się spróbować. Przyjechał do mnie na tydzień i zrobił to, o co nam chodziło. On przynależy do starej dobrej szkoły producentów, którzy są przede wszystkim fanami dobrego rodzaju muzyki i którzy nagrywają ją z sercem. Posłuchaj jak są nagrane płyty Kissów, które on zrobił. Posłuchaj jak doskonale i żywo brzmi wokal Alice'a Coopera na krążkach, które robił mu Ezrin. Ja kocham te płyty. Jestem przekonany również o tym, ze "The Wall" nie była by tak wielką płyta bez jego udziału. Facet wzbudza we mnie wielki szacunek i podziw.

MH: Chciałbyś, żeby produkował w przyszłości jakąś Twoją płytę?

R: Słuchaj nie zastanawiałem się nad tym, ale kto wie? Być może?

MH: Chciałbym Cię spytać na koniec o Twoje zdanie na temat demokracji w procesie tworzenia muzyki?

R: Wiesz to zależy od założenia jakie się przyjmie na początku drogi twórczej. Wszystko ma swoje dobre i złe strony. Kiedy tworzysz zespołowo to możesz spodziewać się większego bogactwa pomysłów. To ta dobra strona. Zła strona jest natomiast brak jednej, jasno określonej wizji dzieła, ponieważ co człowiek, to inne spojrzenia i trzeba liczyć się z kompromisem, który jest w tym przypadku wręcz niezbędny. I tak w NIN mamy do czynienia z moją wizją od początku do końca i nie za bardzo sobie wyobrażam, aby mogło być inaczej. Natomiast w projekcie Tapeworm, który tworze z wieloma różnymi muzykami (Charlie Clouser i Danny Lohner z NIN, Phil Alselmo z Pantery, Maynard Keenan z Tool) przyjęliśmy zasadę, iż każdy coś wnosi do niego od siebie, a później staramy się znaleźć jakiś wspólny punkt odniesienia do naszych pomysłów.

W tym miejscu zapytałem Danny'ego o jego zdanie na ten temat.

D: Powiem ci tyle, że z Trentem współpracuje mi się bardzo dobrze w obydwu konfiguracjach. Z nim jako dyktatorem i z nim jako demokratycznym członkiem zespołu. W przypadku Tapeworm, to kto wie czy to ja nie mam więcej do powiedzenia, a wiec role się odwracają. (śmiech)

MH: Gdzie się lepiej czujesz na scenie w Stanach czy w Europie?

R: Dziesięć razy lepiej w Stanach niż tutaj. Po pierwsze dlatego, że jestem Amerykaninem i pisze, jak mi się wydaje, głównie dla Amerykanów, którzy powinni to lepiej czuć i odbierać. Myślę, że ludzie tutaj zupełnie inaczej odbierają moją muzykę. Po drugie, moje płyty ukazują się w różnych terminach w U.S.A. i w Europie, co nie ułatwia mi sprawy. Jakoś wytwornie nie potrafią tego skoordynować, aby ukazywały się w tym samym czasie, czego ja bym sobie życzył. Po trzecie, w Europie gramy dużo mniej koncertów niż w Stanach. Właściwie przyjeżdżam tu raz na kilka lat. Ostatni raz byliśmy tutaj cztery lata temu. Nie ma możliwości aby podczas jednej trasy wrócić do ludzi w to samo miejsce ponownie. Po czwarte, zdecydowanie mniej się gra tego rodzaju muzyki w europejskich stacjach radiowych, przez co nasza muzyka nie jest dość dobrze znana, a ja nie tworze singlowych przebojów, z tą muzyką trzeba się oswoić. Istnieje jeszcze dużo innych powodów, przez które się czuje lepiej w Stanach niż u Was. Być może to teraz się zmieni, ponieważ planujemy tu wrócić z koncertami latem przyszłego roku. Chcemy przy okazji promocji tej płyty więcej uwagi poświęcić miejscom, w którym dotąd nie byliśmy.

MH: Musicie więc koniecznie przyjechać do Polski, bo jest tam niemała wcale grupa fanów, która czeka na was od lat.

R: Jeśli rzeczywiście jest jak mówisz, to może przy okazji następnej europejskiej trasy przyjedziemy do was, jeśli ktoś nas zaprosi.

Rozmawiał: Maciek Kierzkowski