inne
things falling apart

Na album z remiksami utworów z "The Fragile" czekałem z drżącym sercem. Do tej pory było tak, że im lepsza była nowa płyta od poprzedniej ("The Downward Spiral" od "Broken"), tym lepsze były też remiksy ("Further Down The Spiral" od "Fixed"). Tym razem ciąg ten został trochę zakłócony, bo o ile "The Fragile" to arcydzieło, o tyle "Things..." przy "Further..." zwyczajnie kuca. Moje odczucia względem tego albumu są w każdym razie bardzo mieszane. Na płycie znajduje się dziesięć utworów, w tym trzy wersje "Starfuckers, Inc.". Jeśli o mnie chodzi, to nie jestem tym pomysłem zachwycony (jedynie druga w kolejności jest całkiem, całkiem...). Niemniej na "Things Falling Apart" pojawia się kilka naprawdę świetnych utworów, które pozwalają się "zasłuchać" i o bożym świecie zapomnieć. Moja wielka trójka z tej płyty to: "The Wretched", "The Frail" i "Where Is Everybody?". Cieszy również umieszczenie tu dwóch utworów - nazwijmy to - premierowych. Jeden z nich ("10 Miles High") ponad wszelką wątpliwość pochodzi z winylowej edycji "The Fragile", na której znalazły się dwa utwory więcej niż na CD czy kasetach. Co do drugiego z nich ("Metal") pewności takiej nie mam, ale możliwe że sytuacja jest ta sama, tylko tytuł się zmienił.

Konrad Bańkowski

fixed

pierwszy z mixów dotyczy gave up - mojego ulubionego kawałka na broken (znakomite gitary, świetny wokal reznora no i ten teledysk). mix tego utworu to dodanie troche elektroniki ale przede wszystkim zawrotne tempo i cudowny "pocięty" wokal reznora - bardzo sprytnie zrobione, brzmi jak wokal ale trudno cokolwiek z tego zrozumiec.
tempo....cóż jest szybkie. recenzent tej plyty pisze ze spokojnie moze określic tempo 140bpm po prostu licząc uderzenia - w tym wypadku przerosło go to. świetny mix - czuje sie klimat gave up co ważne i nie mamy tu do czynienia z prostą mutacją utworu w stylu techno.
w mixie wish thirlwell w sumie dodaje tylko perkusję - w pewnych momentach mamy wrażenie ze słyszymy wykonanie live tego utworu - swietny chwyt. znakomity dlugi (ponad 9 minut) mix - niezłe tempo i nie męczy. widać że thirlwell ma skłonności do takich mixów - self destruction, final ma podobną konstrukcję.
w happiness in slavery porzucony zostaje styl wersji pierwotnej - całkowicie nowy utwór można powiedzieć. bardziej w stylistyce PHM niż broken. niemniej świetny, bardziej taneczny niż reszta, znakomite wstawki flanagana ale niestety nic nie zastapi reznora i tekstu tego utworu. throw this away - mój ulubiony utwór na tej płycie - nie wiadomo czego to mix- słychac tu i last i suck. przede wszystkim początek zwraca uwage - spokojne, klimatyczne dźwieki gitary i syntezatorów przeistaczają sie w hałas z którego wyłania sie śpiew reznora. utwór jakby z dwóch cześci - tej cichszej no i tej glośniejszej - znakomity.
fist fuck to kolejny mix wish ale już nie tak dobry - dodana perkusja, zsamlpowane słowa, dziwne dzwieki. może być ale pozbawione struktury, dużo przypadkowosci, w pewnych momentach nudzące.
no i screaming slave - tu ocena jest prosta albo sie ten utwór lubi albo nienawidzi - skojarzenia z download skinny puppy, znów krzyki flanagana, hałas, rewersy, zero ładu, czasami jakies tempo które zaraz zanika. mimo to świetny utwór, na prawde można się do niego przekonać, choć słychać w nim wiele motywów które mogłyby być użyte w kilku innych utworach.
podsumowujac swietna płyta, rytmiczna ostra no ale taka była i broken wiec widac za zamiarem reznora bylo utrzymanie stylu poprzedniczki nie zaś zmiana klimatu (choc kto wie co by z tego wyszło). minusem jest tylko 40 minut tej muzyki

recenzja napisana przez niejakiego al crawforda - tłumaczenie by olsen

down in it

Bardzo długo zastanawiałem się, czy recenzować wszystkie wydawnictwa Nine Inch Nails, czy tylko duże płyty. Po wielu namysłach, ostatecznie wygrał ten pierwszy wariant. Uważam, że bez recenzji singli i remiksów, opis całej dyskografii zespołu, jaki mam zamiar tu przedstawić, byłby niepełny. Skoro sam Trent Reznor uznaje za jako oficjalne wydawnictwa (tzw. "halo"), to popełniłbym grzech pomijając je. "Down In It" składa się tylko z trzech utworów (do tego kilku wersji tego samego numeru), ale trwa aż osiemnaście minut. Pierwotnie ukazał się tylko na winylu, później na kasecie, teraz można go bez problemu kupić na CD (oczywiście pomijam tutaj nasz kraj). Jest pierwszym oficjalnym wydawnictwem sygnowanym nazwą Nine Inch Nails. Album został stworzony od początku do końca przez Trenta Reznora - ten wokalista i multinstrumentalista w jednym, osobiście zajął się też jego rozprowadzaniem.
Jeśli chodzi o mnie, to utwór "Down In It" niespecjalnie przypadł mi do gustu. Nie umiem powiedzieć dlaczego, ale ten numer mnie drażni. Może ma to związek z dość kiepskawym wokalem w zwrotce, który dopiero w refrenach nabiera siły znanej z następnych albumów. Trudno oczywiście mieć pretensje do samego Reznora - to dopiero pierwsze wydawnictwo, a trzeba przyznać, że jak na debiut, to płyta jest zmontowana dość profesjonalnie. Spośród trzech wersji "Down In It", za najbardziej przyswajalną uważam trzeci kawałek - "Singe". Jest bardziej instrumentalny, wokal schodzi tutaj na dalszy plan, przebłyskując gdzieniegdzie w potoku elektronicznych zgrzytów i pisków.
Naprawdę trudno mi obiektywnie ocenić ten album. Dla takiego maniaka jak ja, jest to pozycja obowiązkowa, innym słuchaczom nie znającym dokonań Nine Inch Nails, raczej tego nie polecam. Jeśli już koniecznie chcesz poznać ten zespół, to sięgnij lepiej po któreś z późniejszych wydawnictw, bo na "Down In It" możesz się srogo zawieść.

KoRniK

things falling apart

Nowa płyta? Nic z tych rzeczy. Mamy tu raptem ledwie trzy nowe numery i siedem miksów z poprzedniego albumu.
Miksy jak miksy. Na dobrą sprawę za wiele to Trent Reznor nie pozmieniał. W Starfuckers, Inc. jeszcze bardziej utanecznił melodię, a w Where Is Everybody? pododawał tu i ówdzie różne takie smaczki, jak zgrzyty, szmery, zniekształcony głos. Dużo lepsze wrażenie robią trzy nowe "piosenki". Nowe, czyli te, które powstały podczas sesji do The Fragile, ale z jakichś bliżej nieokreślonych powodów na tamtym albumie się nie znalazły. Dość dziwacznie brzmi kawałek zatytułowany Metal. Spokojnie mógłby znaleźć się na jakimś starym longplayu Gary'ego Numana. To ta właśnie estetyka z początku lat osiemdziesiątych, gdy królowały głównie syntezator i nieco mechaniczny śpiew. Dwa pozostałe, Slipping Away i The Great Collapse, to już zupełnie inna bajka. Pierwszy z tym swoim ciężkim, monumentalnym niby-riffem i nieco funkowym podkładem już na starcie robi wrażenie. A Reznor dodał do tego jeszcze "spazmatyczny" śpiew i uczynił z tego numeru - przynajmniej w opinii niżej podpisanego - jedną z najfajniejszych rzeczy w swoim dorobku. The Great Collapse z kolei urzeka... spokojem. Mamy tu i fortepian i wiolonczelę w tle. Później jest już niby mniej melodyjnie, robi się ciężej i bardziej mechanicznie, ale wciąż można rzec, że to taka nineinchnailsowa ballada.
W sumie to całkiem zgrabny dodatek do The Fragile. I tylko tyle. Gdyby Nine Inch Nails zafundował nam Things Falling Apart jako zupełnie nową płytę, jej ocena musiałaby być zupełnie inna.

Grzesiek Kszczotek