nine inch nails
Całe pięć lat Trent Reznor kazał nam czekać na nową płytę NINE INCH NAILS. Jednak warto było uzbroić się w cierpliwość, bo nie dość, że "The Fragile"z miejsca wspięło się na szczyt amerykańskich list przebojów, to jeszcze sam król industrialu zgodził się udzielić pierwszego wywiadu w historii polskiej prasy. Komu? Oczywiście: XL-owi. rozmawia Piotr Stelmach

Trent Reznor nazwał swój zespół Nine Inch Nails - podobno takimi właśnie gwoździami przybito do krzyża Chrystusa - ale on sam zawsze twierdził, że wybrał tę nazwę tylko dlatego, że... świetnie wygląda w druku. Jeżeli jednak wierzyć jego słowom, w NIN nigdy nie chodziło o faktury sprzedaży ze sklepów muzycznych, o tatuowanie się dla szpanu i pokazywanie się za wszelką cenę w mediach. Chodziło o coś więcej, o depresję...

Trent Reznor - Bez stanów depresyjnych nie wydobyłbym z siebie ani jednej nuty. Ten rodzaj psychicznego kung-fu, które jest wpisane w mój dowód osobisty. Zawsze najsilniej stymulowały mnie załamania psychiczne i depresje. Dzięki nim nagrywałem płyty. Moja muzyka to rodzaj układu z moimi wewnętrznymi demonami i upiorami...

Kontakty z siłami nieczystymi rozpoczął dość wcześnie - jeszcze w szkole zagrał rolę Judasza w musicalu "Jesus Christ Superstar". Później, po obejrzeniu horroru "The Omen" tak zafascynował się postacią demonicznego małolata, Damiena Thorna, że nerwowo poszukiwał na swojej głowie trzech szóstek - znaku rozpoznawczego syna Antychrysta. Przez lata intrygował, szokował i obrażał. Robił wszystko, żeby rodzicom jego fanów nie podobało się to, co robił. Jego teksty nie nadawały się do druku, a teledyski obfitowały w sceny sadomasochistyczne i obrazoburcze. Paradoksalnie, jego dziadkowie, wychowawcy i nauczyciele wspominają go jako grzecznego, zdolnego chłopca, godzinami ćwiczącego na pianinie i namiętnie sklejającego modele samolotów. Dziś Trent Reznor w dalszym ciągu zaklina demony...
Kiedy dziś próbuję podsumować ostatnie lata mojego życia, bilans wygląda tak: dwa lata morderczej trasy koncertowej, jeden przepierdolony rok i dwa następne lata pracy nad nowym materiałem... Tourn...e wypaliło mnie emocjonalnie do tego stopnia, że chciałem zostawić za sobą ten pierdolony świat i choćby na chwilę zwiać do innej, spokojniejszej rzeczywistości. Znienawidziłem siebie i ludzi. Zamknąłem się przed wszystkim... Coś tam grzebałem w studiu, ale nie miałem odwagi zrobić przymiarki do następnego albumu, bo nagrywanie płyty ma sens tylko wtedy, kiedy jesteś w porządku sam ze sobą, kiedy przenosisz na nią własne emocje i uczucia... A ja byłem pusty. Nie czułem nic. No, może poza jedną rzeczą - kiedy patrzyłem w lustro i widziałem w nim swoje odbicie, chciało mi się rzygać...
Ostatnie pięć lat było dla Trenta wyjątkowo trudnym sprawdzianem. Zmarła jego ukochana babcia, która wychowywała go na kukurydzianej farmie w Pensylwanii, a jego pies, Maise nieszczęśliwie wypadł z balkonu na trzecim piętrze. Odszedł też od niego największy i - wydawałoby się - jedyny "ludzki" przyjaciel - Brian Warner a. k. a. Marilyn Manson, którego oszołomił i wciągnął wir show biznesu.
Przyjaźń z nim była jedną z najbardziej wartościowych i czystych rzeczy w moim życiu. Byliśmy dla siebie jak bracia. Wiesz, kiedy odnosisz ogromny sukces i nagle spadają na ciebie uwielbienie i popularność, ogarnia cię poczucie siły. Wtedy jednak gnijesz jako człowiek... Ja w każdym razie zgniłem. Miałem pieniądze, byłem sławny, ale co z tego... Zniszczyło mnie przekonanie, że mam władzę nad innymi. Zresztą to przekonanie zniszczyło nas obu, zdeptało nasze osobowości.... Brian osiągnął taki pułap sławy, z którego nie ma odwrotu. Pozwolił, by wszystko, co robi, było odbierane w kategoriach ekstremalnych, do bólu, do przesady, do upadłego. I nie cofnął się nawet o krok. Nie jest już tym facetem, którego znałem wcześniej. Ja też jestem już teraz kimś zupełnie innym... Przestałem go rozumieć, uświadomiłem sobie, że jesteśmy dla siebie martwi i nadeszła najwyższa pora, by to uciąć.
Mimo głębokiej depresji przez ostatnie pięć lat Reznor bynajmniej nie próżnował. Stworzył dwie znakomite ścieżki dźwiękowe do filmów: "Urodzeni mordercy" Oliviera Stone'a i "Zagubiona autostrada" Davida Lyncha i jedną do gry komputerowej "Quake". Poza tym współprodukował płytę, która przyniosła sławę Marilynowi Mansonowi, "Antichrist Superstar" oraz wydał kasetę wideo z zapisami koncertów NIN. Magazyn "Time" uznał Reznora za jedną z dwudziestu najbardziej wpływowych osób w Ameryce. A jednak...

Trent Reznor - Bałem się kolejnego obnażenia się przed ludźmi, czułem się od nich odseparowany. Potrzebowałem wyciszenia i spokoju. Musiałem usiąść na dupie i zrobić rachunek sumienia, przyznać się sam przed sobą, że stałem się kimś, kogo nie cierpię, nie akceptuję, nie znam... Dotarła do mnie jedna z najprostszych prawd, o której zapomniałem: wszystko, co zrobiłem do tej pory jako artysta, stało się dzięki miłości do muzyki a nie dzięki pożądaniu kasy, fajnych ciuchów, popularności i całego tego badziewia. Kiedy zwyciężasz, odnosisz sukcesy, jesteś wystawiany na coraz więcej pokus. I wtedy nie wolno ci zapomnieć o twoich korzeniach. Ja zapomniałem... Te dwanaście miesięcy przywracania siebie dla świata to czas prawdziwego egzystencjalnego terroru, wypełnionego bólem, przygnębieniem i smutkiem. Nagranie tej płyty wymagało ode mnie wiele odwagi, ale też pozwoliło mi nabrać na nowo sił i wiary w siebie. Teraz, kiedy już przeszedłem przez całe to bagno, chciałbym wierzyć, że dojrzałem i jestem kimś lepszym

A jednak na pytanie:
Kto według niego jest dziś najbliższy dokonania muzycznej rewolucji?
Trent odpowiada: Aktualnie nikt. Obecna muzyka to gówno. Rock jest dziś chaotyczny, infantylny i pusty. Od kilku lat w muzyce popularnej utrzymuje się stan samozadowolenia, konformizmu i nudy. Prasa potrzebuje zbawców rock'n'rolla. Wypalił się Billy Corgan i teraz wszyscy myślą, że to ja przejmę po nim pałeczkę...

Właśnie dlatego w świadomości milionów Trent Reznor na zawsze pozostanie miłośnikiem horrorów, oblubieńcem szatana, geniuszem mrocznej, podszytej cybernetyczną paranoją muzyki i ,błotnym diabłem", który roztrzaskując klawisze w finale koncertu NIN, zdemaskował pustkę i komercyjne nastawienie drugiej edycji festiwalu Woodstock. Mimo tego nawet, że nowy album NIN, "The Fragile" brzmi bardzo świeżo i - jak wskazuje tytuł - delikatnie. Oczywiście: delikatnie inaczej...