Trent Reznor nie wygląda jak psychopata. Zachowuje się normalnie. Na powitanie nie odgryzł naszemu wysłannikowi ręki. Zamiast rzucić w niego wazonem z kwiatami - poczęstował kawą. Przed rozmową z liderem Nine Inch Nails "Machina" zastanawiała się nawet, czy nie ubezpieczyć Marcina Prokopa od nieszczęśliwych wypadków. Na szczęście wrócił cały i zdrowy. W dodatku dowiedział się o Reznorze prawie wszystkiego.
Spodziewałem się spotkania z pachnącym siarką, odzianym w czerń osobnikiem i nawet nie zauważyłem, kiedy na korytarzu hamburskiego hotelu Park Hyatt wyrósł przede mną niewielki człowieczek o aparycji boya hotelowego, ubrany w dżinsy i brązową koszulę. - Hi, I'm Trent, rzekł uśmiechnięty, wyciągając rękę. Propozycja wspólnego wypicia kawy zabrzmiała szokująco w ustach faceta posądzanego o zażywanie najbardziej nieprawdopodobnych substancji. - Pierwszy raz paliłem trawę z moim ojcem, gdy miałem 14 lat. Nie podobało mi się - komentuje swą złą reputację Reznor, mówiąc cicho i powoli. - Później miałem okres flirtu z kokainą, ale to już od dawna przeszłość. Heroiny spróbowałem raz, słuchając Lou Reeda, jednak na drugi dzień zdałem sobie sprawę, że była to najgłupsza rzecz, jaką w życiu zrobiłem. Nigdy nie używałem dużych ilości narkotyków z prostego powodu - nie radzę sobie z nimi. Wierzycie w to?
Najnowszy, podwójny album Nine Inch Nails The Fragile zdaje się być dla Reznora tym, czym płyta The Wall była dla Rogera Watersa - rozliczenie z samym sobą, zapisem zmagań z własną psychiką.
- Nie jestem zaskoczony twoim porównaniem - mówi Reznor. - The Wall słuchałem niezliczoną ilość razy, takie stwierdzenie więc to dla mnie duży komplement. Wyobrażałem sobie kiedyś, że Roger Waters pewnego dnia spojrzał w lustro i w swoich oczach zobaczył szaleństwo, które go przeraziło. Dlatego napisał The Wall - studium rozbierania swojej duszy na czynniki pierwsze, przepędzania z niej demonów. Podobnie nagrywanie The Fragile było dla mnie rodzajem egzorcyzmów, naprawianiem tego, co nie do końca prawidłowo funkcjonowało w mojej głowie. Codzienna, mordercza praca, z czterogodzinną przerwą na odpoczynek. Dwuletnia dziura w życiorysie.
Chciałem zostać antychrystem
Wspomniany życiorys Reznora to typowy "amerykański sen" - historia o pucybucie, który został księciem. Mój 34-letni rozmówca, spłodzony, a następnie porzucony przez nastoletnią parę hipisów, wychowywał się, biegając po kukurydzianych polach swoich dziadków na amerykańskim zadupiu (Mercer, Pensylwania). Od piątego roku życia babcia posyłała go na lekcję pianina i kiedy już wydawało się, że młody Trent zostanie "poważnym" muzykiem, nad jego łóżkiem zawisł plakat Kiss.
- Był czas, gdy ćwiczyłem na pianinie nawet po kilkanaście godzin dziennie, przygotowując się do koncertowej kariery. Ale pewnego dnia zobaczyłem w telewizji ogromny jęzor Gene'a Simmonsa i odtąd nic już nie było tak, jak przedtem - wspomina. - Moje dzieciństwo zostało zaprogramowane przez telewizję. Oglądałem wszystko po kolei - mydlane opery, seriale komediowe, a przede wszystkim horrory. Egzorcysta i Omen to były filmy, które sprawiły, że chciałem zostać antychrystem, zawrzeć pakt z diabłem i opuścić raz na zawsze tamto cholerne miejsce.
Z pomocą Belzebuba czy bez, Reznor - po krótkim pobycie na wydziale inżynierii komputerowej - wylądował w Cleveland, gdzie stopniowo awansował zawodowo. Najpierw czyścił szalety, potem pracował w sklepie muzycznym, by ostatecznie przyjąć posadę w studiu nagraniowym: - Mając dostęp do tych wszystkich urządzeń, które były moim żywiołem, zacząłem zostawać po godzinach. W dzień realizowałem nagrania różnych dupków, w nocy pracowałem nad pierwszą płytą Nine Inch Nails (Pretty Hate Machine, 1989 r. - przyp. MP).
Zespół, a właściwie solowy projekt Trenta Reznora (który zwykł towarzyszących mu muzyków nazywać "asystentami"), został szybko zauważony. Poza muzyką - będącą apokaliptyczną mieszanką elektronicznych brzmień i opętańczych wrzasków - ważnym elementem, który przykuł publiczności i ściągnął na Nine Inch Nails nienawiść purytańskiej Ameryki, były teksty Trenta. Bolesne, desperackie, intymne aż do bólu, w dość brutalny sposób poruszające teksty tematy seksu, narkotyków i samobójstwa: - Motywacją do wydobycia na wierzch tego, co leżało mi na sercu, była chęć uwolnienia wszystkich negatywnych emocji, jakie w sobie gromadziłem przez lata - mówi lider Nine Inch Nails. - W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że mino wszystko lepiej wyrzygać własne wnętrzności niż wsadzić sobie lufę do ust. Zacząłem pisać piosenki, które były jak kartki wyrywane z pamiętnika. Czułem się koszmarnie, myśląc, że od tej pory wszyscy będą mogli zajrzeć mi do środka, jakbym miał duszę wywróconą na lewą stronę.
Czy prywatnie również jest otwarty? - Nie - odpowiada - Jestem pieprzonym samotnikiem, który większość swojego życia spędził w towarzystwie psa. To zupełnie co innego zamknąć się w domu, pisząc piosenkę, a co innego rozmawiać teraz z tobą o tym wszystkim. Wiesz, jak się teraz czuję? Jakbym tu siedział przed tobą za spuszczonymi gaciami. To nie jest coś, co lubię robić. Ale decyduję się na to, ponieważ nie mam wyjścia.
Czuję się jak papież
Czyżby dobry humor artysty diabli wzięli? By to sprawdzić, zadałem Reznorowi pytanie, którego najbardziej nie lubi, od kilku lat bowiem musi na nie odpowiadać w każdym udzielanym wywiadzie. Spytałem go, jak mu się mieszkało w Los Angeles, w domu Romana Polańskiego, gdzie banda Charlesa Mansona zamordowała w 1969 roku ciężarną żonę reżysera, Sharon Tate, i czwórkę towarzyszących jej gości. Oprawcy wypisali na ścianach krwią swoich ofiar słowo "pigs". W pokojach, które były świadkami tamtej rzezi, Reznor urządził sobie studio nagraniowe. Powstała w nim druga płyta Nine Inch Nails - The Downward Spiral. studio nazwane zostało... "Pig" (ang. świnia - przyp. MP), dwa utwory zaś z tamtego albumu noszą tytuły March Of The Pigs i Piggy. Przypadek czy świadoma prowokacja, objaw złego smaku przywódcy Dziewięciocalowych Gwoździ?
- Wiem, że to brzmi nieprawdopodobnie, ale wprowadzając się do tego domu, nie miałem pojęcia o jego przeszłości - odpowiada Reznor. - Po prostu była to posiadłość, która miała najlepszy widok z tarasu w całym Los Angeles. Dopiero później, już po nagraniu tych piosenek, ktoś opowiedział mi o wszystkim. Najpierw pomyślałem, że jest w tym jakaś perwersyjna ironia; że to ekscytujące być częścią tak niesamowitej historii. Zmieniłem zdanie po spotkaniu z siostrą Sharon, która uświadomiła mi, jak mocno przeżyła zamordowanie jej siostry. Zacząłem myśleć: a gdyby to była moja siostra? Nazwanie studia "Pig" miało być żartem, ale dziś uważam, że to było żałosne i głupie.
Obecnie Trent Reznor mieszka w Nowym Orleanie, w XIX-wiecznym domu z olbrzymim ogrodem. Nieopodal mieści się jego studio, nafaszerowane najnowocześniejszym sprzętem, z garażem na kilka luksusowych aut (na co dzień Reznor jeździ srebrnym Porsche). Wcześniej w tym samym budynku działał zakład pogrzebowy, a w miejscu garażu była kostnica. Kolejny zbieg okoliczności?
Aktualny dom Reznora znalazł się w większości przewodników po Nowym Orleanie, jako lokalna atrakcja turystyczna. - Każdego dnia koczuje pod moją bramą tłum ludzi, chcących zobaczyć mnie w oknie. Chwilami czuję się jak papież.
Popieprzyło mi się w głowie
Dla milionów nastolatków na całym świecie, którzy kupują jego płyty, jest duchowym guru, przewodnikiem po labiryntach cierpienia. - Jest moim mesjaszem - wyznała jedna z fanek Reznora na swojej stronie internetowej. Zdołowane dzieciaki z całego świata wysyłają mu swoje wiersze, których nie czyta. Nie lubi własnego image'u, wykreowanego w równym stopniu przez media, co przez niego samego. Wielu fanów rozczarowuje fakt, że Trent Reznor nie jest najsmutniejszym człowiekiem na Ziemi, stojącym na skraju samobójstwa. Nie jest drugim Ianem Curtisem, a Nine Inch Nails to nie Joy Division.
- Zawsze nienawidziłem wizji torturowanego artysty, zbolałego męczennika, a byłem i jestem tak postrzegany. Ale faktem jest, że tworzę tylko pod wpływem negatywnych bodźców. Kiedy jestem szczęśliwy, nie mam światu nic do powiedzenia. To nie jest tak, że ja użalam się nad sobą. Po prostu robiąc muzykę, staram się nazwać to, co popieprzyło mi się w głowie. Zazdroszczę tym wszystkim kolesiom w rodzaju Oasis, którzy są na tyle głupi, by po prostu cieszyć się życiem, beztrosko wydawać kasę, którą zarobili, martwiąc się jedynie o to, czy są wystarczająco niegrzecznymi chłopcami.
Podobno najczęściej zadawanym Reznorowi pytaniem jest : "czy kiedykolwiek myślał o samobójstwie?" - Fakt, pociągało mnie to, tak jak pociągają różne niesamowite historie - odpowiada. - Na The Downward Spiral zmierzyłem się z hipotetyczną sytuacją samobójstwa i dzięki temu dokonałem demistyfikacji tego aktu. Tak jakbyś wypowiedział najskrytsze życzenie, które potem traci całą moc. Teraz przekroczyłem linię, za którą kończy się zaślepienie własną depresją, a zaczyna prawdziwe życie, w prawdziwej rzeczywistości. The Fragile jest zapisem dochodzenia do punktu, w którym kończą się złudzenia. Dzięki temu dziś o wiele bardziej szanuję siebie.
Nie jestem gwiazdą rocka
Zanim amerykańscy strażnicy cnót dostali do pożarcia Marilyn Manson, długo przeżuwali Nine Inch Nails. Był czas, gdy za granie zakazanych piosenek zespołu na antenie straciło pracę kilku radiowych dj-ów. Największe - obok tekstów - kontrowersje wokół grupy wzbudzały jej teledyski, które na długo przed Mansonem epatowały satanistyczno-diabolicznymi podtekstami oraz scenami przemocy i aluzjami do narkotyków. Filmowa impresja nakręcona do minialbumu Broken (1992 r.), zawierała ujęcia z filmu Henry: portret seryjnego mordercy, przedstawiające powolne, brutalne torturowanie człowieka, zmuszonego do oglądania... teledysków Nine Inch Nails. Organizacje rodzicielskie nie były zachwycone. Z nagonką na zespół wiąże się również kilka zabawnych historii. Ostatnia scena teledysku do Down In It, przedstawiająca Reznora leżącego nieruchomo na ziemi, sugeruje samobójstwo. Do jej kręcenia użyto kamery zaczepionej na unoszącym się w powietrzu balonie wypełnionym helem. Balon zerwał się jednak z uwięzi i uniósł taśmę z nagraniem w nieznane. Po jakimś czasie znalazł ją na swoim polu pewien farmer. Przerażony jej treścią, popędził na policję. Ta wszczęła sprawę o morderstwo...
Reznor zawsze lubił szokować. Twierdzi, że rock ze swej definicji powinien być niebezpieczny. Kiedy więc na horyzoncie popkultury pojawił się Brian Warner aka Marilyn Manson, Trent wziął go pod opiekuńcze skrzydła swej wytwórni Nothing i zajął się produkcją jego płyt. Został mentorem i przyjacielem Warnera. Ostatnio jednak obaj panowie patrzą na siebie wilkiem - jeden posądza drugiego o zdradę i nielojalność, niczym w starym małżeństwie. Jest więc doskonała okazja, by spytać Reznora, czy Marilyn Manson uosabia jego teorię "rockowego szokowania", czy jest tylko wymalowanym pajacem na sznurku wielkich wytwórni? - Patrząc na Briana i jego zespół w momencie szczytowej popularności grunge'u, kiedy na topie byli kolesie wyglądający i zachowujący się jak pracownicy stacji benzynowej, uzmysłowiłem sobie, że to on jest właściwym modelem gwiazdy rocka, a nie drwale z Seattle - opowiada. - Oczywiście, to, co on robi, jest od początku do końca kreacją. Takie było założenie. Marilyn Manson miał być artystą ociekającym krwią, spermą i wściekłością. Kimś, kogo znienawidzą rodzice wszystkich nastolatków w Ameryce. Ludzie uwielbiają być szokowani, chcą czegoś, co odwróci ich uwagę od szarej codzienności. Marilyn doskonale wypełnił lukę pomiędzy nudnymi chłopcami w niebieskich dżinsach a rockowym spektaklem, ale popełnił jeden błąd - nie zauważył, gdzie leży granica szoku i śmieszności.
A czy Trent Reznor wie, gdzie leży ta granica? - Ja nie muszę wiedzieć. Nie jestem gwiazdą rocka.
Byłem gotów sciągnąć spodnie
Niektórzy są innego zdania. Na przykład Courtney Love, która z nikim oprócz gwiazd rocka się nie zadaje. Tajemniczy związek łączący swego czasu Pierwszą Wdowę Grunge'u i założyciela Nine Inch Nails zrodził nawet pogłoski, że córka Kurta Cobaina tak naprawdę jest dzieckiem Trenta Reznora. Ten ostatni zdementował plotki o romansie z Love tak energicznie, że wokalistka Hole poczuła się obrażona, przyjmując jako linię obrony - atak. - Dziewięciocalowe gwoździe...?! Ha, ha, raczej trzycalowe! - szydziła publicznie. Reznor z rozbawieniem wspomina dziś tamten okres: - Courtney jest słodka. Jest tak opętana wizją swojego gwiazdorstwa, że zrobi i powie wszystko, byleby o niej mówiono. Ale oskarżanie mnie o kompleks małego penisa bolało. Byłem nawet gotów publicznie ściągnąć spodnie i udowodnić, że nie miała racji.
Ostatnio głośno było również o flircie Trenta z Tori Amos, co sam zainteresowany zbywa krótkim stwierdzeniem: - Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
Sprawia wrażenie człowieka, który nie lubi dyskutować o kobietach z przypadkowymi rozmówcami. Z drugiej jednak strony, bez żenady wyśpiewuje teksty w rodzaju: "chcę zerżnąć każdą na tej ziemi" albo "chcę cię pieprzyć jak zwierzę". Stąd częste oskarżenia o mizoginię - lęk przed kobietami, przekształcony w ukierunkowaną ku nim agresję. Dodatkowej pikanterii dodaje fakt, że w jednym z wywiadów Reznor poddał w wątpliwość swoją seksualną orientację: - Wiele razy myślałem o sytuacji z mężczyzną. Chciałbym to potraktować jako eksperyment, którego jeszcze nie przeżyłem. Sądzę, że byłbym dobry w robieniu laski... nikt przecież nie wie lepiej od mężczyzny, jak dogodzić innemu facetowi.
Kiedy zadaję liderowi NIN pytanie na temat jego seksualnych preferencji, spuszcza głowę na długą chwilę, ja zaś wstrzymuję oddech. Po namyśle Reznor zaczyna mówić, bardzo powoli: - Człowiek, który to powiedział, to byłem ja sprzed kilku lat, a w tym czasie bardzo wiele się we mnie zmieniło. Kiedy to powiedziałem, byłem pijany i na drugi dzień bardzo tego żałowałem. Wiedziałem, że ludzie zrobią z tego sensację i do końca życia nie opędzę się od pytań na ten temat. Potraktuj tamte słowa jako artystyczną kreację, nie mającą nic wspólnego z moim prywatnym życiem.
Jestem słaby, jestem kruchy
"Bóg jest martwy i nikogo to nie obchodzi" śpiewa Trent Reznor w Heresy, pytam go więc, czy nadal unika wody święconej: - W ciągu ostatnich kilku lat zaszły we mnie w tej kwestii bardzo duże zmiany - mówi. - Kiedyś miałem bardzo pochmurną wizję religii, jako instytucji stojącej w opozycji do czystej duchowości. Ten mój gniew przeciwko religii przysłaniał mi możliwość odpowiedzi na pytanie o istnienie Boga, które sam sobie nieustannie zadawałem. Zdałem sobie sprawę, że jestem tylko małym, kruchym człowieczkiem, który ma zwykłe ludzkie pragnienia, potrzeby i lęki...
Reznor pociąga łyk czerwonego wina, zamyśla się, patrząc w okno. Wchodzi menedżer. To znaczy - rozmowa skończona. Lecz kiedy wyciągam rękę, by wyłączyć dyktafon, Trent niespodziewanie zaczyna mówić: - Sam fakt, że jestem tu teraz i rozmawiam z tobą, uważam za akt ingerencji siły wyższej w moje życie. Jeszcze niedawno znajdowałem się na samym dnie, dotarłem do punktu, z którego niektórzy już nie wracają... Zacząłem pogrążać się w autodestrukcji, każdego dnia budząc się z coraz większym lękiem. Myśląc, że nie chcę już dłużej żyć. Zdałem sobie sprawę, że osiągnąłem wszystko, czego w życiu pragnąłem. Miałem sławę, pieniądze, szacunek... Ale wszystko to przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie w momencie, gdy marzenie się spełniło. Pozostała wielka, ziejąca pustka. Długo zwlekałem z rozpoczęciem pracy nad nową płytą. Prześladowała mnie obsesja, że nie mam już nic więcej do powiedzenia. Nagrywanie The Fragile było okazją do wyciągnięcia na wierzch tych wszystkich wad i słabości, które skrywałem przez lata za parawanem gniewu i wściekłości. Każda piosenka to jak odcięty, krwawiący kawałek mojej duszy. Powiedziałem sobie - OK, jestem słaby, jestem kruchy, ale nie wstydzę się przyznać do tego, patrząc w lustro, i to jest mój największy sukces...
|
|