Kiedy dowiedziałem się, że mam napisać recenzję swojej ulubionej płyty, nie miałem żadnych problemów z wybraniem tego jednego, jedynego albumu. I mimo, że płyty takie jak "Korn", "Pork Soda" Primusa, czy "The Downward Spiral" Nine Inch Nails wyryły swoje piętno na mojej edukacji muzycznej to zwycięzca mógł być tylko jeden, "The Fragile" Nine Inch Nails.
Pamiętam jak we wrześniu 1999 roku, w dniu polskiej premiery "The Fragile" pobiegłem do sklepu muzycznego i drżącymi rękoma chwyciłem zielono-czerwone pudełko, po czym natychmiast udałem się do kasy. Kilka minut jazdy do domu i już mogłem wyjąć krążek z tekturki i włożyć go do odtwarzacza. Album, na który czekałem tyle miesięcy, wreszcie się ukazał. Jeszcze tylko naciśnięcie guzika 'play' i mogłem skupić się na dźwiękach wydobywających się z głośników.
Zaczęło się od regularnie powtarzających się ostrych, gitarowych riffów. To "Somewhat Damaged". Wściekły gitarowy utwór z szarpanymi riffami. świetny początek. Trent wrzeszczy "I'm too fucked up to care anymore". Po nim znany mi już wcześniej z singla "The Day The World Went Away". Niespecjalnie mnie początkowo zachwycał, ale z każdym razem kiedy go słucham moja opinia o nim poprawia się. Następnie zagrane na pianinie "The Frail" będące zarazem wstępem do "The Wretched". Nie będę jednak charakteryzował każdego utworu po kolei, bo to mija się to z celem.
Reznor na tej płycie nadal podąża w dół spirali. Przez 23 utwory zawarte na dwóch krążkach odbywamy podróż przez ból i gniew, zdradę i manipulację, cierpienie i nienawiść do samego siebie. Przebłyski optymizmu są rzadkie.
Możemy zacząć słuchanie tego albumu w dowolnym momencie i nie trzeba będzie długo czekać, aby krew popłynęła z głośników. Na "Into The Void" Reznor lamentuje "tried to save myself, but myself is slipping away". "Starfuckers, Inc." to prztyczek w byłego podopiecznego pana R. Mansona i wokalistkę Hole oraz wdowę po Kurcie Cobainie, Courtney Love. Nawet niebiosa sprzysięgają się przeciwko Trentowi na "The Wretched" - "the clouds will part and the sky cracks open and god himself will reach his fucking arm through, just to push you down, just to hold you down". W "The Big Come Down" słyszymy "there is a game i play
try to make myself okay, try so hard to make the pieces all fit, smash it all part, just for the fuck of it". Taki klimat panuje przez cały czas trwania "The Fragile". Mamy tu rozliczenie ze smutkiem po śmierci ukochanej babki Reznora - "I'm Looking Forward To Joining You, Finally". Rozpacz wywołaną zawiedzioną miłością - "The Great Below" ale i nadzieję, że "jakoś to będzie" - "We're In This Together".
Bardzo mocną stroną płyty są utwory instrumentalne, których jest tu o wiele więcej niż na wcześniejszych halo. "Pilgrimage", "Just Like You Imagined", czy oparte na kompozycji Debussy'ego "La Mer" to najlepsze przykłady.
"The Fragile" została stworzona praktycznie samodzielnie przez Reznora. Z niewielką pomocą przyszli mu stali goście (A. Belew, M. Garson, B. Rieflin) i muzycy NIN (C. Clouser, D. Lohner, J. Dillon). I właśnie w tym należy upatrywać geniuszu Trenta. Jedna osoba potrafiła stworzyć dzieło tak niesamowite i perfekcyjne, jak "The Fragile".
Na płycie tej Reznor odszedł od formuły wypracowanej na "The Downward Spiral". Industrialne łomoty i zgrzyty zostały zastąpione przez bardziej subtelne dźwięki. Słyszymy i pianino (The Frail), i trąbkę (Pilgrimage), i wiolonczelę (La Mer). Gitary przywodzą na myśl kompozycje bardziej rockowe aniżeli metalowe. Jedynymi utworami przypominającymi nam poprzedni album są według mnie "No, You Don't" i "Starfuckers, Inc.".
Oczywiście nadal mamy tu niesamowitą różnorodność styli muzycznych. Od rocka po syntetycznie przerobioną klasykę, od trip-hopu do break beatu, od metalu do techno. Eklektyzm podlany elektronicznym sosem wciąż jest znakiem rozpoznawczym twórczości Nine Inch Nails.
Jest to najdoskonalsze i najbardziej dojrzałe dzieło NIN. Owszem jest może ciężko przyswajalne na początku, ale jest to coś w czym można "zagłebić kły", coś czego można słuchac raz za razem i odkrywać nowe elementy, a takie płyty są przecież najlepsze. świetne teksty Trenta uzupełnione genialnymi dźwiękami. Niesamowita wyprawa w piękna krainę cierpienia i bólu. Arcydzieło. Czy można wymagać czegoś więcej?
Przemek "Antipop" Nowakowski
Jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mi się aż tak oczekiwać jakiejkolwiek płyty.Prawdę mówiąc nie byłam pewna czy Trentowi uda się jeszcze nagrać płytę równie doskonałą jak 'The Downward Spiral'.Dawałam mu mało szans.Okazało się,że płyta nie jest równie doskonała, według mnie jest o niebo doskonalsza.Jest idealna od początku do końca i tak inna od tego co było wcześniej.Właściwie pierwszym wrażeniem,które uderzyło w trakcie jej słuchania była właśnie ta inność.Dopiero po kilku przesłuchaniach zaczęłam dostrzegać te elementy,które sprawiają,że to ciągle jest stare dobre NIN.Mam sprzeczne odczucia dotyczące 'The Fragile'.Z jednej strony brakuje mi tego brudu,agresji,tych intensywnych emocji,których dotąd było na płytach Trenta a z drugiej strony cholernie się cieszę,że zrobił krok do przodu,że nie powiela swoich starych pomysłów.Podoba mi się to,że płyta jest tak totalnie mroczna-klimat 'The Fragile' jest nieziemski.Mam skojarzenia z muzyką King Crimson jeśli chodzi o tła muzyczne i nastrój.Ze względu na użycie tych wszystkich instrumentów jak fortepian,wiolonczela itp. a także ze względu na te głębokie tła muzyczne nazwałabym 'TF' najmniej rockową z płyt Reznora.
Podoba mi się w tej płycie też to,że mimo tego,że jest tak różnorodna (np.Starfuckers różni się od La Mer jak czarne od białego)a mimo to jeden nastrój przechodzi w drugi płynnie,jeden wynika z drugiego.Różnorodna ale jednorodna.
Utwory instrumentalne są po prostu cudowne.'The Frail' przypomina mi klimatem (ale tylko klimatem) 'Legend' Clannad.świetny jest kończący płytę 'Ripe (with decay)'.Uwielbiam 'The Wretched'-nigdy jeszcze nie słyszałam,żeby utwór zaczynający się fortepianem i z takim fortepianowym tłem,miał w sobie tyle energii.Piękny jest 'La Mer' i 'The Great Below'-takie melancholijne,a gitara Adriana Belew w zakończeniu tego drugiego rozdziera po prostu serce.Kocham też 'Even Deeper' i 'I'm. looking forward to joining you,finally'.Z resztą na płycie nie ma ani jednego słabego miejsca.Reznor raz jeszcze udowodnił,że jest genialny.Jak dla mnie 'The Fragile' to bezapelacyjny numer 1 wśród wszystkiego co słyszałam.I chyba nic jej nie wyprzedzi,chyba że następna płyta NIN.
Katarzyna Kudełka
19.10.99 Tomaszów Lub.
Podobno po pięciu latach milczenia nie można nagrać dobrej płyty. Ciekawe, czy Trent Reznor wierzy w tego typu teorie? Wątpię. Twórca Nine Inch Nails wspólnie z Kurtem Cobainem i grupą The Prodigy zalicza się bez wątpienia do tej wyjątkowej, acz wąskiej grupy artystów, którzy w ciągu ostatniej dekady postawili muzyczny świat do góry nogami. To właśnie oni w sposób najbardziej czytelny zdefiniowali muzykę popularną u schyłku tego stulecia. I o ile pierwszy album Nine Inch Nails "Pretty Hate Machine" z 1989 roku mógł być swego rodzaju proroctwem nowych czasów, o tyle wydany 10 lat później "The Fragile" wydaje się pierwszą płytą, która zręcznie te czasy podsumowuje. Na dwóch krążkach znalazło się ponad 100 minut wspaniałej, wciągającej muzyki. Muzyki najmniej oczywistej i jednocześnie najbardziej, ugrzecznionej" z całego dotychczasowego dorobku Reznora. W porównaniu do "Pretty Hate Machine", "The Downward Spiral" i mini albumu "Broken" zdecydowanie mniej tu bitów i industrialnej apokalipsy. Więcej za to "klimatów" i instrumentalnych smaczków ("The Day The World Went Away", "The Frail", "La Mer", "The Great Below", "Ripe"). Wcześniej partnerami dla Reznora do muzycznego brydża wydawali się Al Jourgensen (Ministry) i Genesis P-Orridge (Throbbing Gristle), teraz jest dwóch innych kandydatów: Robert Fripp i Adrian Belew z King Crimson. "The Fragile" robi bowiem wrażenie płyty "Discipline" nagranej 18 lat później lub bardziej zakręconej wersji "Thrak". Różnica polega na tym, że wspomniane dzieła King Crimson mają bardziej zamkniętą formę, Reznor zaś pozostawia więcej przestrzeni na eksperymenty i wszelkiej maści "odloty". Analogie z Karmazynowym Królem są tym silniejsze, że Belew w trzech utworach z "Fragile" udziela się jako gitarzysta (grał już na płycie "The Downward Spiral"). Wymarzona artystyczna fuzja na koniec wieku. Trochę szkoda, że nie ma Roberta Frippa, ale i bez niego jest to album wybitny. Warto było czekać aż pięć lat.
Piotr Stelmach
Trudno się dziwić nagłemu spadkowi popularności najnowszej produkcji Nine Inch Nails - The Fragile. Niektórzy istotnie mogą poczuć się rozczarowani, gdyż płyta jest inna od wcześniejszych. Mniej brutalna. Bardziej jednolita. Czy to źle? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Uważam ten podwójny album za najlepszą produkcję NIN od początku istnienia tej grupy. Co najbardziej odróżnia The Fragile od poprzednich produkcji, to niewątpliwie klimat. Zupełnie inny, bardziej świeży i bardziej wyrazisty. Pełen niuansów i niedomówień. Na tej płycie wyraźnie czuć, że każdy dźwięk ma swoje miejsce. Brzmienia zostały ograniczone do niezbędnego minimum, dzięki temu płyta nie epatuje nieuzasadnionym chaosem i przepychem poprzedniczek. Zdecydowanie bardziej widoczny jest tu pomysł i konsekwencja w jego realizacji. Nie ukrywam rozczarowania, jakiego doznałem po pierwszym przesłuchaniu tej płyty. Zabrakło mi tej energii i swego rodzaju desperacji poprzednich albumów. Ale szybko zorientowałem sie, że dostałem coś lepszego w zamian. Naprawdę niesamowity klimat. Cholernie schizofreniczny oczywiście...
Trudno tu mówić o najlepszych i najgorszych kawałkach. Wszystkie mają w sobie "coś", ale nie ma jakichś "przewodnich" numerów i to bardzo dobrze. Są jedynie kompozycje na pierwszy rzut oka bardziej zauważalne, ale po jakimś czasie proporcje wyrównują się i cała płyta staje się zupełnie spójna. Do takich utworów zdecydowanie można zaliczyć tytułowy The Fragile, ze względu na nawiązanie do starszych dokonań zespołu czy też The Frail z powodu zaskakującej formy. Na The Fragile sporo jest także szalenie ilustracyjnych kompozycji. Ciekaw jestem jaki wpływ na ich kształt miały doświadczenia Rezona z pracy nad kilkoma ścieżkami dźwiękowymi do filmów. Tak czy inaczej muzyka z The Fragile, z powodzeniem mogłyby służyć jako podkład do kolejnej produkcji Lyncha czy Finchera. Ciekawe tylko co byłoby bardziej zakręcone, obraz czy dźwięk.
Jako, że nie jestem zawodowym recenzentem dodam tylko jedno: koniecznie posłuchajcie tej płyty (uważnie, nie na jedno ucho!)!
Czy zatem spadek na liście Billboardu to w gruncie rzeczy dobry omen?
Grzechu IG-88
Po wielu plotkach, setkach nie sprawdzonych informacji, po niezwykle długim czasie oczekiwania WRESZCIE JEST. Trent Reznor atakuje ponownie z najnowszym, dwupłytowym albumem "The Fragile". Po kilku minutach przerwy od czasu napisania ostatnich kilku zdań, dochodzę do wniosku, że zapewne chciałbyś się dowiedzieć skąd tak wysoka ocena? Hmmm... ciężko jest obiektywnie ocenić produkt jednego ze swoich ulubionych wykonawców, więc postaram się w skrócie powiedzieć, co myślę o tym albumie po przesłuchaniu go co najmniej kilkanaście razy.
Pierwszą płytkę rozpoczynają łagodne brzmienia gitary - zapowiedź "Somewhat Damaged", by za chwilę przejść w ostre charakterystyczne dla NIN industrialne piłowanie (Sorry, Trent, chciałem powiedzieć zwykły Rock ;). Dołącza ostry wokal i fani NIN już z pewnością czują klimat. Piosenka kończy się i nagle spokojna (no prawie, bo nie wiem, czy industrial może być spokojny) balladka "The Day World Went Away" (BTW: W USA ta piosenka została wydana na singlu, u nas może też, ale nie wiem). Cudowny, wolny utwór, idealny do romantycznej kolacji dla pary industrialnych porąbańców lub jak kto woli kolejna piosenka, której NIE powinno się słuchać, jeśli nie chce się skończyć na R'ce z podciętymi żyłami. Dalej mamy "The Frail", kolejny spokojny utwór zagrany tylko na pianinie (dla niewtajemniczonych pianino było pierwszym instrumentem, na którym Trent nauczył się grać). Pierwszy numer, w którym brak wokalu. Kolejny jest "The Wretched", średnio szybki, ale bardzo psychodeliczny utwór, który aż krzyczy do podświadomości: "krecha amfy, ostre strobo i jedziemy ;)". Następne w kolejności jest "We're In This Together" - szybki i ciekawy utwór, który bardzo długo trzymał się na większości list przebojów. Tym oto sposobem dochodzimy do tytułowej ballady "The Fragile", która po raz kolejny pokazuje jak wiele jeszcze siły tkwi w staruszku Trencie. I właśnie doszedłem do wniosku, że gdybym miał tak opisywać każdy track po kolei, to tekst stałby się nudny jak flaki z olejem. Zwrócę jeszcze tylko szczególną uwagę na niesamowicie ciekawy utwór z drugiej płyty - "Starfuckers Inc.". Został poświęcony pamięci Courtney Love, która to z niewiadomych przyczyn chciała wywołać skandal, głosząc publicznie, iż kiedyś sypiała z Trentem. Be Courtney, be...
Chciałem powiedzieć, że najnowszy album NINE INCH NAILS przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Jest ciężko. Jest szybko. Jest wolno. Jest industrialnie. Jest cool. Czego chcieć więcej? Na "The Fragile" pianino spotyka gitary, gitary spotykają gary, te z kolei - mnóstwo innych instrumentów. Wszystko to natomiast zderza się ze znakomitą barwą wokalu Trenta. W sumie - znakomity album. Dla wszystkich fanów twórczości Mr. Reznora jest to zakup obowiązkowy i śmiało mogą oni sobie dodać ten jeden brakujący punkcik do końcowej oceny. Wszyscy, którzy chcą rozpocząć swoją przygodę z NIN powinni zacząć właśnie od tego albumu, gdyż jest on po prostu fenomenalny. Przeciwnikom industrialu radzę omijać tę pozycję z daleka, a niezdecydowanym polecam na początek przesłuchać album... przynajmniej raz.
Baton
Nine Inch Nails. Te trzy słowa doprowadzają mnie do ekstazy. Przez wiele lat byłem zahipnotyzowany wytworami Trenta Reznora. Przeciągające się w nieskończoność oczekiwanie na nową produkcję mojego ulubionego projektu osłabiło nieco zainteresowanie nim samym, ale teraz, kiedy "The Fragile" jest już na rynku, odżywają na nowo głęboko zakorzenione w mojej psychice fascynacje. Nowy album jest fenomenalny, rozpierdalający, nie pozostawiający złudzeń, że Reznor to muzyczny geniusz. Po prostu kult!
O tym, że Mr. Reznor przymierza się do wydania kolejnego albumu pod szyldem Nine Inch Nails, było wiadomo od dwóch lat. I na tym w sumie się kończyło, bo czas płynął, a "The Fragile" nadal był znany fanom tylko z nazwy. W pewnym momencie straciłem już cierpliwość i, podobnie jak w przypadku nowego dzieła Quorthona z Bathory, zacząłem powątpiewać, czy ten album w ogóle się ukaże. Ale jak się później okazało, była to tylko cisza przed burzą. Kilka miesięcy temu Internet dosłownie oszalał na punkcie Nine Inch Nails, wszędzie zaczęło znowu być głośno na temat nowego albumu Reznora. Kolejnymi informacjami Nothing Records tylko dolewało oliwy do ognia: najpierw wyjdzie singiel, a potem duży, podwójny album. To wszystko zrobiło na mnie niesamowite wrażenie, pozwoliło na nowo uwierzyć w ten projekt. I nie rozczarowałem się. Chociaż jest to album ulepiony z zupełnie innej gliny niż poprzednie wydawnictwa, powinien się spodobać każdemu fanowi dziewięciocalowych gwoździ, a tych w Polsce na pewno nie brakuje.
Początkowo Reznor planował podzielić album na dwie części. Jedna z nich miała składać się z normalnych utworów, druga pozostałaby wyłącznie instrumentalna. Zaniechano jednak tego pomysłu, mieszając razem cały materiał. W sumie postąpiono dobrze, dzielenie muzyki na dwa fronty zabiłoby ten album. Zanim "The Fragile" wpadł w moje chciwe ręce, długo się zastanawiałem, co też Mr. Reznor zaprezentuje nam po pięciu latach milczenia ("The Downward Spiral" ukazał się wszakże w 1994 roku, późniejsze single i remiksy pomijam). Okazało się, że płyta znakomicie broni się sama, choć na próżno szukać tu atmosfery z "Broken", czy wspomnianego już "Halo 8". W kwestii klimatów, najbliżej tutaj chyba do "Pretty Hate Machine", choć w porównaniu z debiutanckim albumem, Reznor używa więcej gitar. Muzykę zawartą na "The Fragile" trudno zakwalifikować do industrialu - bardziej brzmi to jak zwykły samplerowy rock, przesączony typową dla popu chwytliwością. Wszystko łatwo wpada w ucho, bez problemu daje się zanucić, więc tradycyjnie przynajmniej połowa utworów jest potencjalnymi hitami. Ja już mam swoich faworytów i to głównie na nich skupię więcej uwagi (pisanie o wszystkich utworach nie ma sensu, jest ich po prostu za dużo).
Najpierw słów kilka o otwierającym album "Somewhat Damaged", utworze wyjątkowo ostrym i rokującym nadzieje na odrobinę rzezi w przyszłości. Na początku doświadczamy niepokojących dźwięków gitary akustycznej, później dołącza do tego automat i cały arsenał sampli. Wszystko rozkręca się w zawrotnym tempie. Trent początkowo śpiewa dosyć spokojnie, ale z każdą kolejną sekundą jego wokalizy przybierają na sile, by wreszcie wybuchnąć. Bardzo fajny początek płyty, choć niestety nie pozbawiony małego zgrzytu. Gdzieś około drugiej minuty pojawiają się sample żywcem wyjęte z "Weisses Fleisch" Rammsteina. Nienawidzę Rumsztyka i ten motyw skutecznie obrzydził mi doznania płynące z tego utworu. Później mamy do czynienia z podobnym patentem, jak na pamiętnym "The Downward Spiral". Tam, po rzeźniczym "Mr. Self Destruct" płynął bardzo spokojny utwór, zatytułowany "Piggy". Tu jest tak samo. "The Day The World Went Away" to balladka o niepowtarzalnym klimacie, szczególnie pod koniec, kiedy Trent zaczyna nucić. Cały utwór zbudowany jest na zasadzie kontrastu. Najpierw słyszymy przesterowane gitary, robiące olbrzymi hałas, potem zawodzący śpiew Reznora z brzdąkającą w tle gitarą akustyczną i znowu ten potężny grzmot. Przez to wszystko przewija się miejscami ledwo słyszalne pianino - gdy po raz pierwszy to usłyszałem, byłem zachwycony. Wspomniałem o związkach z "Halo 8", okazuje się, że na lewej płytce jest ich znacznie więcej. "The Frail" nasuwa skojarzenia z "A Warm Place", natomiast motyw przewodni "The Wretched" - z początkiem "The Becoming". Czyżby ukłon w stronę fanów? Kolejny utwór, który mnie dosłownie rozwalił, to "We're In This Together". Na początku jest nieco psychodelicznie, potem wykluwa się z tego szybka, rockowa piosenka z pięknymi wokalizami Trenta. Moim zdaniem, jest to jeden z najlepszych utworów tej płyty, nie dziwię się więc, że nakręcono do niego videoklip. Bardzo podoba mi się też otwierający płytkę prawą "The Way Out Is Through". Na początku trąci on nieco ambientem: uszy atakowane są dziwnymi dźwiękami, gdzieś w tle słychać szept Reznora. W pewnym momencie robi się coraz głośniej. włączają się elektroniczne piski i gitary, opętańczy śpiew Reznora dopełnia reszty. W punkcie kulminacyjnym wszystko się wycisza i gdzieś w tle zaczynają pobrzmiewać proste dźwięki odgrywane na piaNINie. Fenomenalny kawałek. I to w sumie tyle. Reszta numerów z prawej płytki trzyma wysoki poziom, ale nic nie wyróżnia się na tyle, żeby mnie specjalnie zachwyciło. No, może wyłączając jeszcze "Please".
Ciężko jest mi opisywać muzykę NIN, dlatego najlepszą radą będzie posłuchać tego samemu i samemu też wydać ocenę. Mój ciężko pojęty sentyment do gwoździ, nakazał udzielić im maksymalnej noty, ale czuję, że gdybym nie kochał Reznora za to co, zrobił przez ostatnie dziesięciolecie, to oceniłbym "The Fragile" o jeden punkt niżej. Mam tylko nadzieję, że na kolejny album Nine Inch Nails nie będziemy musieli czekać kolejne pięć lat i że będzie on równie udany, co ten. W każdym bądź razie polecam.
KoRniK
Trent Reznor wystawił cierpliwość swoich fanów na ciężką próbę, ale warto było czekać te 5 lat. W nagrodę dostajemy najlepszy album Nine Inch Nails. Niewielu artystów może sobie dziś pozwolić na wydanie takiego kloca - 2 płyty, 23 utwory, ponad 100 minut muzyki. Lider NIN może. Gdyby nie on, zespołem Marilyn Manson zainteresowałyby się dziś co najwyżej ośrodki odwykowe, a cały tak zwany "industrial" hałasowałby po garażach i domach kultury. To Reznor wprowadził takie granie na salony mainstreamu. Najnowsza płyta NIN po raz kolejny udowadnia, że muzyka, jaką ten zespół tworzy od 10 lat, z industrialu przejęła jedynie estetykę brzydoty, skrywając pod zabrudzonymi, syntetycznymi brzmieniami... popową wrażliwość. Gdyby takie utwory jak The Day The Whole World Went Away albo The Fragile pozbawić spiętrzonych, elektronicznych jazgotów, otrzymalibyśmy klasyczne, melodyjne piosenki. Niemal wszystkie partie instrumentalne na The Fragile Reznor nagrał samodzielnie, przy produkcji zaś wspomógł go Alan Moulder. Na płycie gościnnie wystąpili m.in. Adrian Belew oraz Dr. Dre. Jak twierdzi szef NIN, The Fragile od strony tekstowej jest zapisem jego 2-letniego wychodzenia z depresji: - Jeszcze niedawno znajdowałem się na samym dnie, dotarłem do punktu, z którego niektórzy już nie wracają. Ta płyta przywróciła mnie światu. Ale spokojnie - Trent Reznor nie zaczął nagrywać oazowych piosenek. Bo choć przez spękaną ścianę wściekłości i rozpaczy przebija chwilami promyk nadziei (We're In This Together), to i tak po wysłuchaniu całości jesienna deprecha nabiera jeszcze czarniejszego koloru.
Marcin Prokop
|
|